WARSZAWA W GODZINIE „W”

1  sierpnia. Jak co roku, w tym dniu o siedemnastej czcimy pamięć powstańców warszawskich. W tej godzinie próby kilkanaście tysięcy dzielnych żołnierzy Armii Krajowej stanęło do nierównej walki ze znienawidzonym hitlerowskim okupantem. 

Pod koniec lipca 1944 roku, gdy pod Warszawę od wschodu zbliżały się wojska radzieckie i towarzysząca im armia polska generała Berlinga, wiadome było, że czas generalnej bitwy o Warszawę jest bliski. W kręgach dowódczych AK trwały gorączkowe uzgodnienia. W porozumieniu z Londynem zdecydowano, że ostateczna data wybuchu powstania zostanie przekazana za pośrednictwem delegata Rządu na Kraj, Stanisława Jankowskiego. Za przyspieszeniem wybuchu powstania, jeszcze przed datą 1 sierpnia, przemawiał widok niemieckich żołnierzy, niedobitków z frontu wschodniego i jednoczesne zbliżanie się armii radzieckiej. Chodziło o to, by w momencie wkraczania armii ze wschodu, wystąpić w Warszawie w roli gospodarza, przejmując administrację na wyzwolonych terenach. To przygotowywana tzw. akcja „Burza”. Tyle plany. Jaka była realizacja, dziś już wiemy. Natarcie ze wschodu zatrzymano na Wiśle, duża część prawobrzeżnej Warszawy została wyzwolona, a dalsze natarcie z chwilą wybuchu powstania wstrzymano. 

W godzinie „W”, ostatecznie ustalonej na 17.00 dnia 1 sierpnia, powstańcy mogli zatem liczyć wyłącznie na siebie. Tym bardziej, że Anglicy nie dali zgody na akcję pomocy brygady powietrzno-desantowej gen. Sosabowskiego, która walnie przyczyniła się do uratowania od zagłady siły brytyjskie pod Arnhem. Pomoc z Anglii ograniczyła się do kilku lotniczych zrzutów, które nie odegrały jednak znaczącej roli. 

Mówiąc dziś o Powstaniu Warszawskim w znacznie większym stopniu mówi się o jego wojskowej stronie. Wspomina się zgrupowaniach żołnierzy, przypomina poszczególne akcje, jak choćby kilka dni temu, pisząc o wystawie poświęconej batalionowi „Zośka”. 

Nie mniej ważny, wręcz nie do przecenienia był jednak w Powstaniu Warszawskim udział ludności cywilnej. To ona właśnie poniosła w czasie powstania 10-krotnie większe straty, niż liczba poległych żołnierzy. Szacuje się, że ok. 200 tysięcy mieszkańców miasta straciło życie w tych 63-dniowych zmaganiach z wrogiem. Zauważmy, że na froncie żołnierzom towarzyszą rozmaite służby pomocnicze i kwatermistrzowskie. W przypadku powstania wiele z tych funkcji samorzutnie przejęła ludność miasta. Pomoc w wyżywieniu, pomoc przy stawianiu barykad, często oferując dach nad głową… Wspierała, a jednocześnie wraz z żołnierzami cierpiała i ponosiła straty. 

Od zakończenia wojny trwa akademicka dyskusja o celowości wybuchu powstania, o jego skutkach i zniszczeniach Warszawy, o niepotrzebnych stratach ludzi, zwłaszcza młodych. Dyskutanci ci często nie mają pojęcia o skali traumatycznych przeżyć ludzi powstania, do których dokładał się jeszcze stosunek władz komunistycznych po wojnie. 

Pani Teresa przeżyła powstanie w piwnicach Starówki. Swoimi przeżyciami zdecydowała się podzielić dopiero po 70 latach. Wcześniej strach było się przyznać do powstania, później nikt nie chciał jej słuchać. Byłem jednym z trójki rozmówców po wielu latach. Zrozumiałem chęć tej pani zrzucenia balastu przeżyć, pragnienie, by ktoś ze zrozumieniem chciał jej posłuchać. 

Wspominała niesamowity przypływ radości na widok wszechobecnych polskich flag. Powiedziała, że, jako dorastająca dziewczyna widziała, że powstanie wybuchnąć musiało. 5 lat okupacji, wszyscy mieli już dość. Choćby najzwyklejsza sprawa. Z braku cennej wody, nie móc miesiącami i latami po prostu się umyć, dla dziewczyny to był koszmar. 

Dowódcy AK zdawali sobie sprawę, że nie podejmując walki zorganizowanej narażali się na wybuchy spontanicznych, niekontrolowanych rozruchów. Ona dzisiaj, tak po ludzku wspomina, że obecnie nam trudno wyobrazić sobie, jak bardzo ludność była wtedy u kresu psychicznej wytrzymałości. Wraz z powstaniem wróciła radość i 
nadzieja. 

Pan Jacek natomiast wspomina: „Nikt, ale to naprawdę nikt, kto nie był w tych pierwszych dniach sierpnia 44 w Warszawie nie jest w stanie wyobrazić sobie, co to było za święto. Nikt, kto tego nie przeżył osobiście i dosłownie, nie zna smaku słowa wolność”. 

Przez 5 lat, atmosfera łapanek, egzekucji, godziny policyjnej, al. Szucha i Pawiaka, i ciągłe wieczorne w podwórkach modlitwy przy kapliczkach. Wszędzie żandarmi, budy, hitlerowskie gapy i napisy tu i tam: „Nur fűr Deutsche”. Aż tu nagle wróciła Polska i rój biało-czerwonych flag. To trzeba zrozumieć tę radość. 

Na koniec tego okolicznościowego felietonu trzeba wspomnieć o dzielnicy, która najbardziej odczuła tragiczne pierwsze dni sierpnia. To straszliwie zraniona Wola. Los jej mieszkańców można przyrównać do rzezi Pragi półtora wieku wcześniej. Podobnie jak wtedy, gdy żołdacy Suworowa nie stawali w równej walce z uzbrojonymi żołnierzami, lecz wykazywali się gwałtami i morderstwami na cywilnej ludności, tak i w pierwszych dniach sierpnia 1944 roku zwyrodnialcy niemieccy pod dowództwem generała SS Heinza Reinefartha dokonali rzezi na mieszkańcach Woli. Oprócz tego zbrodniarza szczególnym okrucieństwem wykazywały się jednostki innego oprawcy, Oskara Dirlewangera, złożone z niemieckich kryminalistów wyposzczonych z więzień. Z nimi współdziałały znane z okrucieństwa rosyjskojęzyczne oddziały RONA. Celem zacierania śladów zbrodni i z obawy przed epidemią, Niemcy stworzyli z przymusowo zwerbowanych Polaków Verbrennungskommando – grupę wypalaczy lub przepalaczy. Ich zadaniem było spalenie dziesiątków tysięcy zwłok, ofiar mordów tych wspomnianych wyżej zbrodniarzy. Największe nasilenie zbrodni na Woli miało miejsce w dniach 5 – 7 sierpnia. To właśnie 5 sierpnia jest coroczną datą uroczystości pamięci ofiar Woli, które odbywają się pod pomnikiem-mauzoleum w alei Solidarności, róg ulicy Leszno. Na zdjęciach chcę przypomnieć kilka ważnych miejsc w tej dzielnicy, które przypominają te tragiczne dni sierpnia. Nikt chyba nigdy nie ustali dokładnej liczby ofiar rzezi Woli. Podawana jest liczba 50 tysięcy, jednak niektórzy historycy uważają, że mogło być ich nawet 65 tysięcy. 

Niezwykle wymownym pomnikiem przypominającym ofiary powstania jest mauzoleum „Polegli – niepokonani”. Pomnik usytuowany jest na wielkim kurhanie, w którym złożono urny z prochami spalonych, pomordowanych mieszkańców. Odbyło się to w uroczystym pogrzebie w drugą rocznicę zbrodni – 6 sierpnia 1946 roku. Kurhan kryje 117 wielkich kontenerów z prochami odnalezionymi i zebranymi po wojnie w różnych miejscach Warszawy, poczynając od Woli, okolicy Pawiaka, alei Szucha, Alei Ujazdowskich. 

Pomnik umierającego wojownika z tarczą, na której widzimy znak Polski Walczącej, zaprojektowany przez prof. Gustawa Zemłę odsłonięto we wrześniu 1973 roku. 

Odwiedzając w tych dniach sierpniowych miejsca pamięci związane z Powstaniem Warszawskim wspomnijmy tych naszych poprzedników, mieszkańców stolicy, którym nie dane było doczekać normalnego pochówku, własnego grobu, których prochy spoczywają bezimiennie w zbiorowej mogile, wśród dziesiątek tysięcy ofiar. Jedno ich łączyło za życia i po śmierci. Warszawa. 

Franciszek Trynka 

1 sierpnia 2020 roku
Fot. Franciszek Trynka
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Liczba odwiedzin: 193473