WYŚCIG POKOJU - DAĆ LUDZIOM TROCHĘ RADOŚCI

Rok 1948 był wyjątkowo gorący. Dlatego duża część warszawiaków, w ten pierwszy majowy dzień, szukała ochłody w parkach i miejskich ogrodach. A jednak sporo mieszkańców wyległo również na ulice. Stali wzdłuż jezdni głównych arterii wiodących ku Ochocie i Włochom. Za ich plecami rysowały się sylwetki zachowanych z pożogi wojennej kamienic, częściej jednak były to tylko sterczące ruiny. Po co tu przyszli? Na co czekali wypatrując niecierpliwie w stronę ówczesnej alei Sikorskiego wiodącej ku Wiśle i mostowi Poniatowskiego? Nagle, w perspektywie Alej Jerozolimskich pojawili się… kolarze. Duża grupa zawodników szybko się zbliża. Już jest, już przejechała, już zniknęła w oddali. Ludzie, komentując żywo, zaczęli się powoli rozchodzić. 

1 maja 1948 roku, sprzed odgruzowanego Grobu Nieznanego Żołnierza, wyruszył pierwszy po wojnie wyścig kolarski. Zorganizowały go dwie redakcje komunistycznych dzienników: polskiego „Głosu Ludu” (późniejszej „Trybuny Ludu”) i „czechosłowackiego „Rudego Prava”. Zawodnicy w pięciu etapach mieli dotrzeć do Pragi czeskiej, pokonując dystans 842 km. Ta edycja przyszłego Wyścigu Pokoju była trochę dziwna, bowiem równocześnie, tego samego dnia z Pragi ruszyły inne drużyny… w kierunku Warszawy. Aby się wszyscy nie spotkali gdzieś po drodze, wyścig Praga – Warszawa miał dłuższą, okrężną trasę liczącą aż 1144 km. Łącznie w obu wyścigach wzięło udział 118 zawodników. Ukończyło je 91. W klasyfikacji generalnej obu wyścigów, indywidualnymi triumfatorami byli zawodnicy jugosłowiańscy, polska ekipa natomiast odniosła podwójny sukces drużynowy. 

W kolejnych latach wyścigi odbywały się już w sposób tradycyjny, w jednym kierunku, co roku tylko następowała zmiana miejsca startu. Raz praga, raz Warszawa. A w 1950 zawody oficjalnie nazwano Wyścigiem Pokoju. Dwa lata później do organizatorów dołączyła redakcja wschodnioniemieckiego „Neues Deutschland” i od tej pory trasa wiodła przez trzy stolice, Warszawę, Berlin i Pragę. Do chwili upadku komunizmu, wyścigi były rozgrywane regularnie, co roku. 

Przez lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte główną rozrywką Polaków było radio i to na nim spoczywał ciężar informowania społeczeństwa o przebiegu wyścigu. Telewizja dopiero raczkowała, pierwszy regularny program został nadany w roku 1953. Początkowo było to pół godziny, raz w tygodniu! Wiosną 1955 już dwa razy, a jesienią tegoż roku… trzy razy! Wyjątkowym miesiącem był pod tym względem maj, codzienne bowiem transmitowano relacje z trasy wyścigu. I ci nieliczni, którzy mieli taką możliwość oglądali migawki na małym ekranie, cała zaś Polska słuchała zachłannie komentarzy sprawozdawców radiowych. I nie możemy w tym miejscu nie wspomnieć Bogdana Tuszyńskiego, który robił to przez ponad dwadzieścia lat. A jako pierwszy, być może, w Europie, od 1957 roku, miał okazję komentować wyścig z lotu ptaka. Każde wejście redaktora Tuszyńskiego na antenę rozpoczynał charakterystyczny komunikat „Halo, halo, tu helikopter!”. Wzdłuż całej trasy, we wszystkich trzech krajach, co roku zbierały się tłumy ludzi kibicujących kolarzom. Było to dla nich ogromne przeżycie, dla Polaków, zwłaszcza wtedy, kiedy widzieli na czele peletonu naszego zawodnika. Bo Wyścig Pokoju, tak jak i inne zawody w tamtym okresie, był podwójnie polityczny. Z jednej strony była to oficjalna propaganda władz, mająca świadczyć o tym, że wszystko się dzieje jak najlepiej w najlepszym ustroju społecznym na świecie, z drugiej jednak była to okazja dla społeczeństwa, aby pod płaszczykiem haseł internacjonalistycznej przyjaźni móc rozkoszować się klęską Rosjan. Każda okazja zresztą ku temu była dobra, czy to na trasie wyścigu kolarskiego, czy na zielonej murawie, czy na bokserskim ringu. Dlatego ówczesnymi celebrytami byli właśnie sportowcy, i to wszystkich dyscyplin. A wracając do wyścigu, któż nie znał takich nazwisk jak Gazda, Królak, Szurkowski, Hanusik, Szozda. 

Największe tłumy zbierały się oczywiście w miejscach finiszu. W Warszawie z reguły był to Stadion Dziesięciolecia, udostępniony sportowcom i stutysięcznej rzeszy kibiców w roku 1955. I nie mogę sobie odmówić zacytowania miejskiej legendy o Stanisławie Królaku. Tak mówiła o zwycięskim finiszu ojca w roku 1956 córka kolarza, Ewa Królak-Bończak: „Grupowo faworytami byli Rosjanie, a indywidualnie Włoch Aurello Cestari. Na Stadion jako pierwszy wjechał jednak tata. Organizatorzy trochę się pogubili, bo jego zwycięstwo nie bardzo umacniało przyjaźń polsko-radziecką… Tuż przed Stadionem Dziesięciolecia zawodnicy wjechali do tunelu. Legenda głosi, że Rosjanie chcieli zepchnąć do ściany kolegę taty Eligiusza Grabowskiego. On był drobnej postury, tata miał więc wyjąć pompkę, którą wtedy kolarze wozili ze sobą, i sprać tych biednych Rosjan. To nie było prawdą, ale Polacy najwyraźniej potrzebowali tej historii, a wraz z nią ojciec stał się idolem narodu. Wielokrotnie później w wywiadach podkreślał, że nic takiego się nie wydarzyło”.

Wyścig Pokoju, największa amatorska impreza kolarska w Europie Wschodniej, od 1989 roku zaczął tracić na znaczeniu. Skrócono trasę, Polska wycofała się z jego organizacji. Ostatni, pod swoją historyczną nazwą, miał miejsce w roku 2006. Andrzej Papliński

Andrzej Papliński

28 maja 2020 roku
Fot. sabi.sabinachyla
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Liczba odwiedzin: 140599