PODPOWIADANKI DLA RODZICÓW:

CHRYSTUS OD FARY

Lody lodami, ale w końcu znaleźliśmy się w środku katedry św. Jana. Przeszliśmy obok kaplicy – mauzoleum kardynała Stefana Wyszyńskiego i poszliśmy w kierunku kaplicy Baryczkowskiej. 
- Stary jest ten kościół – usłyszałem szept Poldka. 
- I stary, i nowy – odpowiedziałem. 
Miśka spojrzała na mnie. 
- Jak może być jednocześnie i stary, i nowy! 
- Część jego murów jest stara, mają po kilkaset lat. Jak wyjdziemy w kościoła będziecie mogli poszukać przed nim napisu z rokiem ukończenia jego budowy oraz… odbudowy. Ot i cała tajemnica. Katedra w czasie II wojny światowej została zniszczona, część ścian zawaliła się, kiedy wybuchł przed nimi „goliat”, część się wypaliła, bo Niemcy po powstaniu warszawskim podpalili budynek. 
- Go… co? – zapytał Poldek. 
- Goliat. Ale nie przerywaj. Do historii z goliatem jeszcze wrócimy. Teraz popatrzcie na tę kaplicę z drewnianym krucyfiksem, czyli krzyżem z postacią Jezusa. To jedyna spośród kilku kaplic w tym kościele, która jest autentyczna, ma kilkaset lat. Tylko ona zachowała się wśród gruzów. 
- Kaplica Ba-rycz-ków – wydało się, że w czytaniu Miśka orłem nie jest. – Co to jest ta baryczka? 
- Ten Baryczka. To nazwisko kupca mieszkającego kiedyś przy rynku. To z nim legenda wiąże pojawienie się w Warszawie tego krucyfiksu. 
- To on go wyrzeźbił? 
- Nie, znawcy twierdzą, że został wykonany przez nieznanego artystę mieszkającego gdzieś na Dolnym Śląsku, może we Wrocławiu. Chodzi o to, że nie wiemy dokładnie, w jaki sposób dostał się ten krucyfiks do Warszawy, dlatego jej mieszkańcy zaczęli opowiadać na ten temat różne rzeczy. 

Może więc było tak… 
500 lat już prawie minęło od czasu, gdy właścicielem domu przy rynku warszawskim, który obecnie opatrzony jest numerem 32, stał się jeden z przedstawicieli rodu Baryczków. Może już wtedy był nim rajca miejski, pan Jerzy Baryczka. Rodzina była bogata, handlowała z kupcami z wielu krajów z całej Europy… 
Pewnego razu, pan Jerzy sam postanowił się wybrać w podróż do krajów niemieckich. Wyruszył więc cały orszak wozów i czeladzi przez bramę miejską, nie strzeżoną jeszcze wówczas przez barbakan, który wybudowano dopiero w kilkanaście lat po tej historii, w roku 1548. Droga była długa i trudna, ale szczęśliwie dotarł pan Jerzy aż do Norymbergi, w kraju bawarskim. Próżno jednak rozglądał się za bogatymi towarami, po które przecież przyjechał, bowiem trwało wówczas wielkie zamieszanie. Ba, walki nawet między protestantami a katolikami, o których mało co wówczas jeszcze w Warszawie wiedziano. Ze zgrozą patrzył pan Jerzy na drewniane figury świętych rzucane w ogień. „Nic tu po nas!” – myśli i szykuje się do wyjazdu, ale patrzy, a tu obok płonącego stosu leży figura Chrystusa. Czyżby i ona miała trafić do ognia? „Jakże to, Chrystusa Pana do ognia? Niedoczekanie wasze!” – zamruczał gniewnie pod wąsem, pochwycił z pachołkiem figurę i rzuciwszy na wóz, ukrył ją pod kuframi i workami z dobytkiem i tą garścią towarów, co je zdołał zakupić. I czym prędzej, co koń wyskoczy, ruszyli szybko ku granicy miasta. Strach, aby kto nie odkrył wywożonej świętości gnał ich prędko ku krajowi. Odetchnęli dopiero, gdy się w ojczyźnie znaleźli. Kiedy przybyli do Warszawy, Jerzy Baryczka ofiarował krucyfiks kościołowi stojącemu opodal jego domu, a uratowany Chrystus licznymi cudami, o których coraz częściej opowiadali mieszkańcy miasta, zdawał się dziękować za ocalenie. 

Dzieci patrzyły na mnie , jakby chciały się przekonać czy mówię prawdę czy nie. 
- Może było tak – powiedziałem – a może było inaczej? Tak, jak to opisał poeta…  

Ta nowa opowieść to historia szlachcica z Mazowsza (kiedyś mieszkańców tego regionu nazywano Mazurami), który na wojnie z Turkami w niewolę popadł i w stajniach sułtana za niewolnika był. Razu pewnego ujrzał na placu, jak dwóch janczarów pastwiło się nad drewnianym Chrystusem. Po jakimś czasie porzucili go i odeszli, a nasz Mazur zakradł się później, wieczorową porą, na plac, chwycił wpół drewnianą postać i wrzucił ją do studni. Niech tam, choćby i w wodzie zimnej i głębokiej gnije, ale za to będzie tam bezpieczna przed prześladowcami. 

Po jakimś czasie dzielny wojak zdołał się wyrwać z niewoli. Skradłszy najściglejszego rumaka, zmylił pogoń i szczęśliwie powrócił do domu. Razu zaś pewnego, kiedy siedział w swoim mieszkaniu przy Starym Rynku, hałas usłyszał za oknem i ludzi dostrzegł biegnących ku Wiśle. Zbiegł czym prędzej na dół, za innymi ruszył ulicą i stając na skarpie wysokiej z dala ujrzał krzyż jakiś unoszący się na falach. 

Setki łódek po rzece śmigają, 
Lecz dopłynąć nie mogą do krzyża; 
Już zbliżają się — widać — zbliżają, 
I znów fala odepchnie je chyża. 

Krzyż z niewoli poznał żołnierz stary. 
Na brzeg biegnie, łzy radosne leje, 
I przyklęka przed biskupem z Fary 
I powiada z Turecczyzny dzieje. 

Więc mu biskup do łodzi siąść każe, 
Sam z Najświętszym siada Sakramentem; 
O toń biją wiosłami żeglarze 
I już — już są przed Obliczem świętem. 

A gdy wojak wyciągnął swe dłonie, 
By Chrystusa przycisnąć do łona, 
Krzyż ku jego pochylił się stronie 
I padł w swego obrońcy ramiona. 

Taką wersję wydarzeń przedstawił w swoim wierszu ”Chrystus cudowny u Fary!” poeta, pan Artur Oppman, którego może znacie z lektur szkolnych. 
- To jak to w końcu było? – trzeźwo zapytał Poldek. 
- Nie wiem, nie potrafię odpowiedzieć na twoje pytanie. Ale pewnie było całkiem zwyczajnie. Ktoś tę rzeźbę po prostu podarował, bądź sprzedał mieszkańcom Warszawy. Jedno jest bezspornie pewne, że to bardzo stara rzeźba. 
I aż czterokrotnie, w cudowny, zadawałoby się, sposób uratowała się od zniszczenia. O dwóch pierwszych cudach usłyszeliście przed chwilą. Trzeci zdarzył się wówczas, gdy wieża kościelna runęła niszcząc sporą część kościoła, w czasie wielkiej burzy, kilkadziesiąt lat po przywiezieniu figury do Warszawy. Mimo tych zniszczeń, sama figura Chrystusa pozostała nietknięta. A czwarty cud się wydarzył w czasie II wojny światowej. 16 sierpnia 1944 roku powstańcom udało się ukryć krucyfiks w podziemiach kościoła Dominikanów, tuż za staromiejskim barbakanem. Dzięki temu nie został zniszczony w czasie walk, ani przez pożar, o którym wam wspomniałem na początku opowieści. I warszawiacy mogą się modlić przed nim, jak dawniej ich przodkowie, i jak królowie mieszkający przecież po sąsiedzku w zamku. 
- A co ma goliat do tej historii? – to oczywiście Poldek. Jego ciekawości świata byle powiastką się nie zaspokoi. 
- A z goliatem było tak…

 Andrzej Papliński 

24 lipca 2020 roku 
Fot. Natalka Chrzanowska
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Liczba odwiedzin: 190601