PODPOWIADANKI

Codziennie chodzicie z dziećmi po mieście. Najczęściej pewnie po własnym osiedlu, ale zdarza się przecież, że musicie pojechać do rodziny lub do przyjaciół mieszkających w drugim końcu miasta. Po drodze mijacie ulice, place, pomniki, stare kamienice i nowe wieżowce. Czasem może któreś z dzieci rzuci pytanie na ich temat. Sięgacie wtedy do swojej pamięci, do wspomnień spacerów z dziadkami lub rodzicami, do lektur gazet czy serwisów internetowych i staracie się zaspokoić ciekawość swojej pociechy. Chcielibyśmy wam pomóc w tym zadaniu, dlatego rozpoczynamy nowy dział w naszym serwisie. Nazwaliśmy go „Podpowiadanki dla rodziców”, bowiem celem jego jest właśnie podpowiadanie… Skąd wziął się herb naszego miasta, czemu kamieniczki na staromiejskim rynku mają dziwne domki na dachach, dlaczego goliat nie był goliatem, albo czym była tajemnicza łaźnia w królewskim zwierzyńcu. Może już o tym wszystkim wiecie, a może nie… Sprawdźmy!

JAK TO Z SYRENKĄ BYŁO...

Jak to z syreną było i skąd nazwa Warszawy pochodzi? 

– A właściwie, to dlaczego właśnie syrena? – usłyszałem pewnego dnia, gdy siedzieliśmy w ogródku mojej ulubionej kawiarni na staromiejskim rynku. 
– Przecież u nas nie ma morza! A syreny pływają w morzach – stanowczo stwierdził Poldek. 
- Tak jak mała syrenka Andersena – pisnęła Miśka. 
- Mógłbym wam to wytłumaczyć, albo przynajmniej mógłbym spróbować, bo to skomplikowana sprawa z tą syreną… 

Zamówiłem więc każdemu po nowej porcji picia i oto potoczyły się słowa o warszawskiej syrenie:
Potężnym władcą był król Bałtyk. Mieszkał w ogromnym, podwodnym pałacu zbudowanym z samego bursztynu. Siedział w nim na pięknym bursztynowym tronie, w ręku dzierżył złociste, również bursztynowe berło, symbol jego władzy nad morzem, które nazwę swoją wzięło od królewskiego imienia. Władał Bałtyk nie tylko nad falami morskimi, ale także nad morskimi stworami, i takimi zwykłymi, które możemy podziwiać na fotografiach i filmach, i nad tymi cudownymi, które tylko na rysunkach i obrazach dawnych malarzy można zobaczyć: trytonami, wężami morskimi, a przede wszystkim syrenami. Także dwie królewskie córki były syrenkami. Radował się król widząc, jak hasają pośród podwodnych zarośli z rybami i morskimi konikami, i ta właśnie radość zaćmiła mu całkiem wzrok. Nie dostrzegł, że od pewnego czasu harce są coraz rzadsze i już nie tak wesołe, że syrenki wracają do pałacu coraz wcześniej i ze smutnymi minami. Nie dostrzegł zatem, że zaczęła je toczyć tęsknota za szerokim światem, że nie mogły już wytrzymać w ojcowskim pałacu, choćby najpiękniejszym był ze wszystkich pałaców na całym świecie. I przyszedł dzień, w którym córki króla Bałtyku nie powróciły do domu. Próżno ojciec kazał szukać ich wszędzie. Wkrótce zrozumiał, że opuściły go. W gniewie wysłał w pogoń za nimi, na cztery strony morza, całe oddziały trytonów. Powróciły z niczym. Wówczas taki gniew i żal targnął Bałtykiem, że burza niezwykłych rozmiarów zapanowała na całym morzu, zagrażając życiu rybaków, co jak co dzień na łodziach wypłynęli na połów ryb. Musiał jednak pogodzić się Bałtyk ze stratą, bo syrenki zbyt daleko już odpłynęły. Jedna z nich pomknęła na zachód, dopłynęła do wybrzeży duńskich i… 
- Znam ją – wtrąciła Misia. - To ta od Disneya. 
- A ja widziałem jej zdjęcie. Siedzi na kamieniu przed jakimś portem. Tylko… - Poldek zawahał się – nie pamiętam jakim. 
- To Kopenhaga, stolica Danii. Syrenka, której smutny los opisał mistrz Andersen stała się symbolem tego miasta. 
- A co się stało z tą drugą? 
- Druga popłynęła na wschód. Gdy dotarła do portu w Gdańsku, lękając się, że odnajdą ją tam wysłannicy króla, wpłynęła do Wisły, i dalej, dalej płynęła w górę rzeki. Mijały dni, syrenka płynąc podziwiała piękne, kolorowe łąki i pola, a przede wszystkim wszechobecne potężne bory schodzące aż nad sam brzeg wiślany. Dnia pewnego zatrzymała się w miejscu, gdzie stały dwie skromne chaty rybackie. Mieszkały w nich dwie rodziny. W każdej z nich było jedno dziecko. Chłopczyk miał na imię Wars, a dziewczynka Sawa. Oboje jeszcze mali, bawili się beztrosko całymi dniami i te radosne zabawy przypomniały syrence o jej dzieciństwie w ojcowskim pałacu. I dlatego postanowiła zamieszkać w pobliżu, śpiewem słodkim umilając wieczory dzieciom i ich rodzicom. A kiedy Wars i Sawa podrośli i dzięki pomocy księcia panującego nad mazowiecką ziemią założyli miasto na wysokim brzegu, kazała sobie syrena zrobić miecz i tarczę, aby bronić przed wrogami mieszkańców grodu, który od imion rybackich dzieci, Warsa i Sawy, dostał nazwę Warszawa. 
- I naprawdę tak było? – dociekał Poldek. 
- Niestety, nie – pokręciłem głową. – To tylko legenda. Ani syrena nie mieszkała w Wiśle, ani nazwa miasta nie pochodzi od imion: Wars i Sawa. A w dodatku jak twierdzą specjaliści od języka, czyli językoznawcy, staropolskie imię Sawa, było imieniem… męskim. 
- Nie od Warsa i Sawy? To niby od czego? – zacietrzewiła się Miśka. 
- Prawdopodobnie było tak. Poniżej grodu książęcego, tam gdzie teraz stoi osiedle Mariensztat, była wioska, której właścicielem był rycerz o imieniu Warcisław. Zdrobnienie od tego imienia brzmiało, właśnie, Warsz. I tak jak kiedyś mówiono na żonę doktora, że to doktorowa żona, na kuźnię kowala, że to kowalowa kuźnia, na córkę kupca - kupcowa córka, tak wioska należąca do Warsza, to była wioska Warszowa. I to od tego wyrażenia pochodzi obecna nazwa naszego miasta - Warszawa. 
- Ale jeśli syrena nigdy nie mieszkała w Wiśle, to czemu warszawiacy ją wybrali na herb – Poldek twardo przyciskał mnie do muru. 
- Nad tym pytaniem od dawna głowią się najtęższe głowy… I to nie od lat, ale od wieków. Co i rusz, ktoś proponuje jakieś wyjaśnienie, ale czy jest ono właściwe? Najprostsze byłoby takie, że, podobnie jak mieszkańcy wielu miast przed wiekami, warszawiacy sięgnęli po prostu do bestiariusza, czyli księgi opisującej różne zwierzęta i te prawdziwe, i te zupełnie fantastyczne. Chcieli mieć w herbie cudowną postać, a ponieważ mieszkali nad wodą, nad szeroką i głęboką Wisłą, wybrali syrenę. 

Poldek, jak to chłopak, widać było, że przyjął to tłumaczenie do wiadomości, ale w oczach Miśki wyraźnie widziałem, że mi nie wierzy. Jej dziewczęca wiara w piękne księżniczki, różowe koniki i nieszczęśliwe syrenki z ciepłych mórz była większa niż moja skromna wiedza prostego, miejskiego przewodnika. I pomyśleć, że to jeszcze nie koniec problemów z syrenką. Wiedziałem, że nowa zagadka czyha na nas przed progiem katedry… 

Andrzej Papliński

10 lipca 2020 roku
Fot. Natalka Chrzanowska
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 359930