PODPOWIADANKI

Codziennie chodzicie z dziećmi po mieście. Najczęściej pewnie po własnym osiedlu, ale zdarza się przecież, że musicie pojechać do rodziny lub do przyjaciół mieszkających w drugim końcu miasta. Po drodze mijacie ulice, place, pomniki, stare kamienice i nowe wieżowce. Czasem może któreś z dzieci rzuci pytanie na ich temat. Sięgacie wtedy do swojej pamięci, do wspomnień spacerów z dziadkami lub rodzicami, do lektur gazet czy serwisów internetowych i staracie się zaspokoić ciekawość swojej pociechy. Chcielibyśmy wam pomóc w tym zadaniu, dlatego rozpoczynamy nowy dział w naszym serwisie. Nazwaliśmy go „Podpowiadanki dla rodziców”, bowiem celem jego jest właśnie podpowiadanie… Skąd wziął się herb naszego miasta, czemu kamieniczki na staromiejskim rynku mają dziwne domki na dachach, dlaczego goliat nie był goliatem, albo czym była tajemnicza łaźnia w królewskim zwierzyńcu. Może już o tym wszystkim wiecie, a może nie… Sprawdźmy!

LATARNIE NA DACHU…

Ruszyliśmy szukać wielkiego stawiacza min. Żeby wyjść poza mury obronne miasta musieliśmy przejść przez rynek. Przed posągiem syrenki Miśka zatrzymała się i wskazując na kamieniczki po stronie Barssa, czyli tej od strony Wisły, powiedziała: 
- Zawsze chciałam cię zapytać, dlaczego na rynku na dachach stoją dodatkowe domki. 
- A odpowiedź ma być prawdziwa, czy taka dla naiwnych turystów? 
Oczy Misi zaokrągliły się ze zdziwienia. 
- Jak to, dla naiwnych turystów? 
- Wiesz, kiedy idziesz na wycieczkę z grupą, nie można być poważnym przez cały dzień. Czasami trzeba rzucić jakimś żartem, żeby ludzi rozbawić. I ja mam taką trochę niepoważną wersję odpowiedzi na twoje pytanie. A żeby grupę uprzedzić, iż to co powiem jest niezupełnie zgodne z prawdą, mówię, że to wersja dla naiwnych turystów. I zawsze widzę uśmiechy na ich twarzach. 
- Ja chcę wersję prawdziwą! – stanowczo powiedziała Miśka. 
- A ja chce wersję dla naiwnych… - Poldek tym razem nie okazał się bojownikiem o prawdę historyczną. 
- Zacznijmy zatem od wersji dla Poldka. Jesteśmy na rynku. Było to najważniejsze miejsce w każdej miejscowości. Na rynku zazwyczaj stał kościół a obok ratusz. 
- Ale tu nie ma ani kościoła, ani ratusza – powiedział Poldek, rozglądając się na wszelki wypadek, jakby sprawdzał, czy się nie myli. 
- Rzeczywiście, ratusza nie ma, bowiem został rozebrany na początku XIX wieku. A kościoła, wyobraźcie sobie, nigdy tutaj nie było. Pod tym względem rynek Starej Warszawy był wyjątkiem w skali chyba europejskiej. 
- A dlaczego go tu nie było? 
- Bo mieszkańcy Warszawy stwierdzili, że nie ma potrzeby wydawać pieniędzy i budować na rynku kościoła, skoro sto metrów dalej, w połowie drogi między rynkiem a zamkiem stoi świątynia wybudowana już przez księcia. 
- Ale, co z tymi domkami na dachach? – niecierpliwiła się Miśka. 
- Jest taka opinia, że jak ma się mieszkanie, którego okna wychodzą na rynek, to jego właściciel jest bardziej poważany przez innych mieszkańców miasta. I dlatego niektórzy nadbudowali nad kamienicą piętro, żeby ich okna właśnie wychodziły na rynek.
- Skoro jest taka opinia, to dlaczego ta wersja jest nieprawdziwa? – Poldkowi wróciła trzeźwość umysłu. 
- Bo właścicielami tych domków na górze byli… właściciele kamienic. A oni przecież nie mieli potrzeby nic nadbudowywać. Wszystkie okna ich kamieniczek wychodziły na rynek! 
- E tam – to tłumaczenie Miśce wyraźnie się nie spodobało. – A jak było naprawdę? 
- Przypatrzcie się kamienicom. Są stosunkowo wąskie, ale (choć tego nie widać z tej strony) są głębokie, bo zbudowano je na długich parcelach. Każdy z tych domów jest podzielony na trzy części. Na przykład, na parterze, od strony rynku był sklep. To pierwsza część. Za sklepem była klatka schodowa. To druga część. A za schodami była pracownia, w której produkowało się rzeczy sprzedawane w sklepie. To trzecia część. Specjaliści nie używają słowa „część”, tylko mówią o traktach kamienicy. Czyli nasze kamieniczki na rynku są trzytraktowe. Druga ważna sprawa, to fakt, że domy stoją jeden tuż obok drugiego, że są przyklejone do siebie bokami. Skoro więc klatka schodowa była w środku, między sklepem a pracownią, to było w niej ciemno nawet w dzień. Żeby ją chociaż trochę oświetlić, zbudowano w dachach takie właśnie "domki" z oknami, przez które światło dzienne wpadało i oświetlało schody. Popatrzcie mam zdjęcie takiej klatki w telefonie. 
- Ale… - Poldek przyglądał się dachom - jak może wpadać tam światło, jak widzę firanki w oknach, zasłony, przy jednym jest nawet „satelita”, tam ktoś mieszka… 
- Bo sytuacja zmieniła się w XX wieku, kiedy po drugiej wojnie odbudowywano te kamienice. Wówczas na górze został zbudowany strop, na którym położono podłogę i na samej górze pojawiły się niewielkie pomieszczenia. A klatka schodowa mogła być przecież oświetlana światłem elektrycznym. 
- Jak wszystko pozmieniali, to skąd masz to zdjęcie w komórce? 
- Z „Kamienicy pod Murzynkiem”. Ona nie była zburzona. W środku prawie wszystko jest autentyczne, takie jak dawno temu. I zachowała się również „latarnia”! 
- Jaka latarnia? 
- Tak nazywamy te domki. Ponieważ oświetlały wnętrze domów, więc nazwano je „latarniami”. 
- Latarnia na dachu, też coś – prychnęła Miśka. 
- Nie będę się z tobą spierał o nazwę, ale musisz wiedzieć, że kamieniczek z takimi dachami nie ma chyba nigdzie poza naszym Starym Miastem. 

Popatrzyliśmy jeszcze chwilę na rynek, na jego kamieniczki, po czym… Ruszyliśmy szukać wielkiego stawiacza min. 

Andrzej Papliński 

7 sierpnia 2020 roku
Fot. Natalka Chrzanowska
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Liczba odwiedzin: 190627