WAŃKOWICZ PRZED SĄDEM

Przed 56 laty rozpoczął się niecodzienny proces polityczny, w którym oskarżonym był znany pisarz reportażysta, korespondent wojenny z pola bitwy o Monte Cassino, Melchior Wańkowicz. 

Jeśli przyjrzymy się dokładniej powojennemu, komunistycznemu okresowi dziejów naszej ojczyzny, zauważymy cykliczną prawidłowość. Narastające napięcia, niezadowolenie rożnych grup społecznych regularnie doprowadzały do wybuchów, strajków, zamieszek i demonstracji często krwawo tłumionych przez władze. Po tych zdarzeniach władze partyjne ustami swoich przywódców zapewniały, że wyciągnęły wnioski, że będzie lepiej. Tak mówił o wypaczeniach władzy na pamiętnym wiecu w październiku 1956 roku tow. Gomółka. Podobnie bił się w piersi tow. Gierek po wydarzeniach 1970 roku w Gdańsku. Padło słynne: „Pomożecie?”, po którym nastąpił jednogłośny odzew: „Pomożemy”. 

Zawsze jednak potem wszystko wracało do normy – praca służb, cenzury, bezpieki i propagandy. 

Wspomniany proces Wańkowicza miał miejsce w 1964 roku. Władze partyjne zapomniały już o obietnicach roku 1956. Szalała cenzura, narastały trudności z wydawnictwami książkowymi, wprowadzono ograniczenia papieru dla wydawnictw. Zaowocowało to listem z 14 marca 1964 roku adresowanym do premiera Cyrankiewicza, a podpisanym przez 34 wybitnych ludzi kultury, pisarzy i intelektualistów. Jego autorem był Antoni Słonimski, a podpisały go, m.in. takie osobistości jak Jerzy Andrzejewski, Maria Dąbrowska, Paweł Jasienica, Jan Parandowski, Władysław Tatarkiewicz, Tadeusz Kotarbiński oraz Melchior Wańkowicz. Był to krótki dwuzdaniowy list podnoszący najbardziej dotykające twórców działania cenzury oraz ograniczania wydawnictw przez racjonowanie papieru. Znany jest powszechnie jako „List 34”. 

Melchior Wańkowicz stał się bohaterem tego zdarzenia oraz obiektem zaciekłego ataku władz na jego osobę, zakończonego procesem i uwięzieniem. Największym zarzutem wobec pisarza była współpraca z obcymi służbami i działanie na szkodę państwa, a wyrażała się ona faktem przekazania listu rozgłośni Radia Wolna Europa, na falach której został odczytany i upubliczniony. Był on szeroko komentowany w mediach Europy Zachodniej. Pierwszą represją, jaka natychmiast dotknęła sygnatariuszy listu były odmowy wydawania paszportów. 

Jednak bezpośrednią przyczyną aresztowania Wańkowicza było jego przemówienie - memoriał, który przekazał mieszkającej w USA córce Marcie celem wykorzystania przez Radio Wolna Europa. Tekst, w którym pisarz negatywnie ustosunkowuje się do polskiej rzeczywistości dotarł za ocean za pośrednictwem poczty dyplomatycznej ambasady USA w Polsce. Nasza SB wpadła na trop tekstu i po sfotografowaniu i analizie grafologicznej, która potwierdziła autorstwo Wańkowicza, zadecydowano o aresztowaniu pisarza. Zatrzymany został we własnym mieszkaniu na początku października 1964 roku.

W procesie, który rozpoczął się 26 października uczestniczyło niewiele osób, nie wpuszczono dziennikarzy zagranicznych. Za podstawę prawną uznano art. 23. tzw. małego kodeksu karnego: „rozpowszechnianie fałszywych wiadomości o Państwie Polskim i jego organach”. W procesie przesłuchano jako świadków znanych pisarzy, którzy opowiadali o twórczości i poglądach Wańkowicza. Sam pisarz bronił się dość butnie i nietypowo. Przyznał się do napisania memoriału, lecz nie przyznał się do winy. Ponadto bronił się argumentem, że dwie kopie jego tekstu krążyły po Warszawie i nie jest winien, że któraś z nich trafiła do Wolnej Europy. Wyrok 3 lata pozbawienia wolności ogłoszono 10 listopada, ale w tym samym dniu został zwolniony z więzienia. Nieoczekiwanie bowiem dla władzy, proces ten przysporzył pisarzowi społecznej sympatii, dlatego też zamiast dać Wańkowiczowi nauczkę zdecydowano formalnie zmienić wyrok na karę w zawieszeniu. 

Wańkowicz nie trafił już więcej do więzienia, choć napisał list do Gomółki informując o gotowości odbycia kary. Na początku stycznia 1965 roku miało miejsce spotkanie pisarza z I sekretarzem KC PZPR, co było formalnym przywróceniem Wańkowicza do łask. Od tej chwili mógł ponownie pisać i publikować swoje książki. Jednak inwigilacja SB i zainteresowanie cenzury nigdy się nie skończyło, a po Warszawie krążyła nawet nie potwierdzona plotka, że Wańkowicz zjawił się przy bramie więzienia ze szczoteczką do zębów i piżamą z chęcią odbycia kary. 

Dowodem na to, jak ważna dla władz była rola, znaczenie i autorytet pisarza, jest notatka GUKPPiW (Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Wydawnictw) rozesłana z wytycznymi dla cenzorów już w 3 dni po śmierci Wańkowicza, 13 września 1974 roku: ”Wszelkie publikacje tyczące osoby i twórczości Melchiora Wańkowicza wykraczające poza sferę problematyki warsztatowo-literackiej (określające go jako człowieka wielkiej odwagi, polityka, działacza, bohatera narodowego, sumienie narodu itp.) należy wstrzymywać i sygnalizować kierownictwu GUKPPiW”. 

Jak widać Melchior Wańkowicz był w czasach PRL niezmiennie solą w oku władz. Dopiero po zmianach ustrojowych, w procesie rehabilitacyjnym, który odbył się w marcu 1990 roku został oczyszczony ze wszystkich zarzutów. W 1995 roku na ścianie kamienicy - Puławska, róg Rakowieckiej umieszczono tablicę przypominającą, że pisarz mieszkał tu od momentu powrotu do Polski w 1958 roku, aż do śmierci. Spoczywa wraz z żoną w rodzinnym grobie na Starych Powązkach. 

Franciszek Trynka 

26 października 2020 roku
Melchior Wańkowicz,
Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna
Fot. Franciszek Trynka
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Liczba odwiedzin: 193453