PODPOWIADANKI DLA RODZICÓW:

ORANŻERIA CZY GALERIA?

Skierowaliśmy się w stronę schodów prowadzących na dół, na tyły Starej Pomarańczarni. 
- Uważajcie, bo strasznie strome są te stopnie i mogą być śliskie – ostrzegłem towarzystwo. 
- Lepiej licz, bo znowu ci się pomyli – Poldek przypomniał mi bezceremonialnie, czemu idziemy wąskimi schodami a nie wygodną alejką, jak każdy porządny turysta. 
- Dwadzieścia, dwadzieścia jeden, dwa… Trzydzieści… 
- Nie licz na głos, bo wszystkim się poplącze – tym razem skarciła mnie Miśka.
Schodziliśmy więc dalej w milczeniu aż do ostatniego stopnia. 
- 86 – krzyknął idący przodem Poldek. 
- 86 – powtórzyła za nim Miśka zeskakując z ostatniego schodka. 
- 86 – stwierdziłem za nimi i zaraz dodałem - Popatrzcie, stąd doskonale widać, że budynek oranżerii ma kształt podkowy. Od przodu widać tylko główny korpus z wielkimi oknami, a z tyłu kryją się dwa skrzydła. To bliższe skarpy, wąskie, mieściło kiedyś mieszkania królewskich dworzan. Drugie, to w głębi, jest szersze. Tam mieści się niespodzianka. 
- Jaka niespodzianka? – szybko zapytała Miśka, sądząc chyba naiwnie, że się wygadam. 
- Niespodzianka, to niespodzianka. Niedługo ją zobaczysz. A tymczasem… Kto pierwszy znajdzie pomnik psa? Jest gdzieś tutaj na tyłach oranżerii. 

Puścili się biegiem, rozglądając na boki. I znowu okazało się, że Poldek jest bardzo szybką… gapą. 
- Jest tutaj – krzyknęła Misia.
Poldek gwałtownie zahamował i wrócił w naszą stronę. 
- Czy to naprawdę jest pomnik? Taki schowany? 
- Może pomnik a może nie – stwierdziłem tajemniczo. – Spojrzyjcie na tego psiaka. Wszystkie żebra mu widać. 
- Z głodu zdechł? 
- Raczej ze starości. Podobno w tym miejscu jest cmentarzyk łazienkowskich psów. Tych, które tutaj pracowały, a może i tych, które przychodziły do pracy z dawnym dyrektorem Łazienek. Różne wersje można na ten temat usłyszeć. 
- Czyli to jest nagrobek? 
- Być może. Pamiętam z wizyty na Powązkach grób pisarza Adolfa Dygasińskiego, na którego płycie leży wyrzeźbiona wyżlica Norma, bohaterka opowiadania „Psia dola”. To na niej wzorowany jest ten leżący przed wami pies. 
- To każdy może sobie pochować w ogródku swojego przyjaciela? 
- Teraz już nie, zmieniły się przepisy sanitarne. Trzeba teraz oddać ciało do kremacji, czyli spopielenia. Albo pochować na cmentarzu dla zwierząt. 
- To są takie? 
- Tak. Nie w samej Warszawie. Znam jeden pod miastem, na skraju lasu. Ale wróćmy do naszej wizyty. Szukamy teraz wejścia do oranżerii. 

Znaleźliśmy je szybko. Weszliśmy do środka i zaopatrzeni w bilety weszliśmy po schodach na piętro, czy może na górny parter. Bo budynek jest tak zbudowany, że od strony wejścia ma się wrażenie, że to parter, ale sama galeria jest na poziomie wysokiego tarasu, czyli… trochę jakby parteru. Pokręcone to trochę, ale czy ma to duże znaczenie? 

W każdym razie, na górze minęliśmy popiersia przedstawiające ludzi z otoczenia króla Stanisława Augusta, i już po chwili weszliśmy do długiej sali. Po lewej stronie ciągnęły się ogromne portfenetry czyli wysokie okna będące jednocześnie drzwiami, a po prawej na ścianie wymalowane były jakieś krajobrazy. 
- To malowidło na ścianie pojawiło się tutaj dopiero niedawno – powiedziałem. 
- A kto je namalował? – zaciekawił się Poldek. 
- Jeden z malarzy króla. 
- To jak niedawno, jak król umarł dawno. 
- Ponieważ przez długie, długie lata były ukryte pod tynkiem i nikt nie wiedział, że są namalowane. Owszem, w starych dokumentach można było znaleźć informacje o jakichś malowidłach w Pomarańczarni, ale… Ściany były puste. Dopiero kilka lat temu konserwatorzy zaczęli badać stan tynków i to co się pod nimi kryło i natrafili na farby. Wówczas dokładnie przejrzano archiwa, znaleziono jakieś rachunki dla malarza (i architekta) Jana Chrystiana Kamsetzera i podjęta została decyzja o pracach, które miały stwierdzić, czy ściany rzeczywiście pokryte są malowidłami. Jak widzicie, są. To krajobraz włoski z arkadami, który służył za tło dla kopii antycznych rzeźb z królewskiej kolekcji. 
- Rzeźby? W oranżerii? To nie było tutaj roślin? To skąd ta nazwa? – pytały dzieci, jedno przez drugie. 
- Zacznijmy od początku. Król nie tylko kochał sztukę, ale chciał się tą miłością do niej dzielić z innymi. Dlatego nie chował obrazów i rzeźb w swoich prywatnych apartamentach, ale udostępniał część zbiorów publiczności. Myślał nawet o tym, aby wybudować w Łazienkach specjalny gmach, który stałby się muzeum. Do budowy nigdy nie doszło, ale gmach oranżerii stał się jego namiastką. Może w pierwszym roku po wybudowaniu tego budynku były tutaj rośliny, pewnie drzewka pomarańczowe i cytrynowe, stad nazwa „pomarańczarnia”. 
- A oranżeria? To to samo? – dopytywała się Misia. 
- Tak, bo pomarańcza po francusku to „orange” (wym. orąż). W każdym razie, król stwierdził w pewnym momencie, że to trochę marnowanie przestrzeni i kazał tu urządzić galerię rzeźb. Tak jak dzisiaj. Bo po odkryciu spod tynku malowideł, muzeum w Łazienkach wróciło do królewskiej koncepcji. I w malowanych arkadach ustawiono te same rzeźby, które stały tu pod koniec XVIII wieku. Kilku brakowało, więc zostały zamówione w Berlinie, w wytwórni, która wykonuje je jeszcze dzisiaj według starych projektów i modeli. 
- Czyli są stare posągi i nowe, na przemian? 
- Nie dokładnie, co druga, ale nowych jest kilka. Wszystkie są kopiami rzeźb starożytnych, tak jak ta „Grupa Laokoona”, której oryginał stoi w Muzeum Watykańskim. Przedstawia ona kapłana trojańskiego, który został wraz z synami pożarty przez dwa morskie węże. Działo się to w czasie wojny między Grekami a wielkim miastem Troją, która być może miała miejsce ponad trzy tysiące lat temu. 
- Dlaczego, być może? 
- Bo choć znaleziono ruiny Troi, nie wiemy na pewno, czy ta wojna miała w ogóle miejsce. Znamy ją tylko z opisu zawartego w poemacie spisanym przez starożytnego wędrownego śpiewaka Homera. A czy najpiękniejszy nawet poemat może być rzetelnym źródłem wiedzy? Tym bardziej, że opowiada on, iż ciągle mieszali się do tej wojny bogowie greccy. A to Apollo, a to Artemida, a to Tetyda… Węże, które pożarły Laokoona nasłał na niego bóg mórz, Posejdon. 
- A ten golas, to kto? – spytał Poldek, wskazując na „boskiego Apolla”. 
- To kopia jednego z najpiękniejszych starożytnych posągów. Oryginał prawdopodobnie pochodzi sprzed 2,5 tysiąca lat i przedstawia greckiego boga Apolla strzelającego z łuku do węża Pytona. Kiedy go odkryto przed 500 laty został umieszczony razem z innymi takimi rzeźbami w Belwederze Watykańskim, stąd jego nazwa „Apollo Belwederski”. 
- A gdzie on ma łuk? 
- Przyjrzyj się jego lewej ręce. Wydaje się, jakby trzymał w niej kawałek łuku. Może tak stworzył tę rzeźbę od razu twórca, a może łuk był, ale nie dotrwał do naszych czasów? 
- A ta pani? – Miśka stała przez posągiem Amazonki Mattei. 
- To Amazonka, kobieta – wojownik. Niektórzy twierdzą, że trzymała kiedyś w rękach włócznię, a inni mówią, że był to łuk. W każdym razie tych elementów teraz brakuje, dlatego na cokole, na którym stoi posąg widzicie symbole dawnych wojowników. Łuk, kołczan ze strzałami, tarczę, a nawet liście laurowe, zwane też wawrzynem, symbol zwycięzcy. 

W tym momencie Poldek ziewnął. 
- Widzę, że czas na przerwę. Poszukajmy zatem szybko mojej niespodzianki, a potem zapraszam was na małe co nieco w kawiarni. 

Zaczęli się rozglądać. 

Andrzej Papliński

2 października 2020 roku 
Fot. Andrzej Papliński
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 359975