PODPOWIADANKI: NOWE CZY STARE TO MIASTO

- Poldek, co misiek trzyma w łapach?
- Pewnie beczkę z miodem.
(Czy rzeczywiście? Rozwiązania szukajcie na końcu artykułu)
Siedzieliśmy we trójkę przy stoliku, na którym stały trzy filiżanki pełne aromatycznej czekolady.
- Mówisz, że historia Wedla jest długa? – „zagaiła” Misia.
- Tak. Warszawska firma Wedlów ma już ponad 170 lat. Jej założyciel, Karl Wedel, przyjechał do Warszawy w roku 1845. Prawdopodobnie podróżował dyliżansem, ponieważ z Berlinem nie było wówczas połączenia kolejowego. A zresztą kolej w Warszawie dopiero raczkowała. Od roku raptem stał przy alei Jerozolimskiej nowy gmach dworca. Wedla prawdopodobnie zaprosił tutaj Karol Grohnert. Obaj panowie poprowadzili cukiernię przy ulicy Piwnej 12. Po sześciu latach Karl postanowił się usamodzielnić. W domu stojącym na rogu ulic Miodowej i Kapitulnej wynajął pomieszczenia, w których założył sklep i pracownię. Była to firma rodzinna. Pracował w niej sam właściciel i jego żona, Karolina Wisnowska, oraz dwóch czeladników.

- I od razu robił taką dobrą czekoladę? – zainteresował się Poldek.
- Czekolada rzeczywiście pojawiła się szybko w ofercie nowego zakładu, ale czy była taka wyśmienita, jak nam się wydaje… Tego nie wiem. Chociaż, można tak sądzić po wynikach sprzedaży. W tamtym okresie pan Wedel sprzedawał około sześciuset filiżanek czekolady dziennie. Jeśli ta liczba jest prawdziwa, to bardzo dużo, jak na ówczesną Warszawę, która nie była zbyt dużym miastem. Musiała zatem wedlowska czekolada smakować warszawiakom. Z drugiej jednak strony… - uśmiechnąłem się do swoich myśli.
- Czemu się śmiejesz?
- Bo pomyślałem o innych produktach sprzedawanych przez ówczesną firmę Wedel. Można by traktować ją jako… aptekę.
- Coo? – zgodnie zakrzyknęły bliźniaki. – Apteka w cukierni?
- Jak najbardziej! Lubicie łykać lekarstwo, jeśli jest gorzkie?
- Nie – powiedziała Miśka, a Poldek tylko się skrzywił na potwierdzenie siostrzanych słów.
- Dzieci w XIX wieku też nie lubiły. Trzeba było je zatem „oszukiwać”, skrywając lekarstwo np. w cukierkach. Były na przykład bardzo popularne cukierki ślazowe na kaszel. Produkowano je z rośliny zwanej prawoślazem. Zaraz, gdzieś tutaj w tym piekielnym wynalazku – wyjąłem z torby tablet – miałem zapisaną reklamę umieszoną przez Wedla w „Kurjerze Warszawskim”, właśnie na początku działalności firmy. O, już mam.

Na ekranie tabletu pojawił się następujący tekst: „Nowo założona pod firmą C. Wedel Cukiernia (...) ma zaszczyt zaprosić na drezdeński Słodowy syrop, nader skuteczny na kaszel i katar, buteleczka po zł 1 gr 15 i po 3 zł bardzo za granicą poszukiwany oraz Karmelki piersiowe – funt po zł 3. Właściciel zakładu, z uwagi na liczne bardzo cierpienia, jakie wilgoć obecnej pory powoduje poleca karmelki wyżej wspomniane Szanownej Publiczności.”
- Przypomniał to ogłoszenie w swojej książce pt. „Opowieść pachnąca czekoladą” pan Olgierd Budrewicz, dziennikarz i varsavianista.
- Varsa… co? -skrzywiła się Miśka.
- Varsavianista, czyli ekspert, badacz spraw związanych z Warszawą, zwłaszcza jej historii.
- Ale na Miodowej nie ma żadnej cukierni z czekoladą.
- I to od dawna, panie Leopoldzie. Przecież opowiadam wam o tym, co się wydarzyło 170 lat temu. W międzyczasie Wedlowie zdążyli nie tylko przeprowadzić pracownię na ulicę Szpitalną, gdzie rozrosła się do wielkości niedużej fabryki, ale wybudować jeszcze później duże zakłady na Pradze, gdzie wedlowska czekolada produkowana jest do dnia dzisiejszego. Ale dopijajcie, co wam zostało w filiżankach i idziemy dalej. Do Wedlów jeszcze nie jeden raz będziemy mieli okazję powrócić.
Studnia z herbem Nowej Warszawy
Wyszliśmy z pijalni i ulicą Freta ruszyliśmy w kierunku nowomiejskiego rynku.
- Wiecie, że Nowe Miasto nazywało się kiedyś Nową Warszawą i było miastem niezależnym od Starej Warszawy?
- Strasznie skomplikowane pytania zadajesz – burknął Poldek.
- Chodzi mi po prostu o to, że kiedyś były to dwa odrębne miasta, które miały niezależne od siebie władze. Pod numerem 31 stoi dzisiaj kamienica z cegły, a kiedyś był tutaj drewniany dom należący do miasta, w którym miał swoją siedzibę wójt i gdzie odbywały się rozprawy sądowe.

Dzieci jednak zainteresowała bardziej stojąca przed nami żeliwna studnia.
- Można z niej pić wodę?
- Raczej nie. Należałoby ją najpierw przegotować. – Szykowałem się do dłuższego wyjaśnienia, gdy nagle usłyszałem głośne pytanie Poldka.
- Miśka, wierzysz w jednorożce?
- Głupek – usłyszałem cichy komentarz Misi, a za chwilę jej głośną odpowiedź. – Już nie!
- Bo tu jest jeden.
- Gdzie?
- No, na pompie. Te figurki.. Przecież jedna z nich, to jednorożec.
- To nie jest pompa, Poldek, tylko studnia.
- Jaka studnia? Studnia jest z kręgów i można do niej zajrzeć.
- I nawet dać się złapać wodnikom – zachichotała Miśka.
- Studnie są różne. Dlaczego cię poprawiłem, że nie jest to pompa? Bo ona nie ma żadnego mechanizmu pompującego. Ta studnia była zaopatrywana w wodę siłą grawitacji, czyli siłą ciążenia. To jest XIX-wieczna studnia z czasów wodociągów pana Marconiego, kiedy powstała na terenie ogrody saskiego wieża ciśnień. Do zbiornika na jej szczycie pompowano wodę, ale potem pod własnym ciężarem spływała ona na dół i z rozpędem, podziemnymi rurami rozprowadzana była po mieście. Z tej studni zatem woda „sama” wypływała.
- Teraz sama nie wypływa?
- Przyznam wam się, że nie wiem, jak to dzisiaj działa. Pewnie jest podłączona po prostu do miejskiej sieci wodociągowej.
- A co z tym jednorożcem? Skąd się tu wziął?
- Panna i jednorożec, to herb Nowej Warszawy. Powstała ona sto lat później po Starej Warszawie i jako odrębne miasto musiała też mieć swój własny herb.
- Fajny – oceniła Misia.

- A ja mam dla was zadanie!
- Jakie?
- Trzeba znaleźć na tym rynku kilkoro zwierzątek.
- Miśki? Tam są – krzyknął Poldek, wskazując na kamienne figury niedźwiedzi.
- Miśka też, ale innego, trochę mniejszego. A poza tym: pelikana, lisa, koguta, barana…
- I co jeszcze? Konia i krowę? – zaczepnie rzucił Poldek.
- Nie, jeszcze tylko łabędzia i dzika.

Bliźniaki zaczęły się rozglądać wokół siebie. Poldek zły, Miśka z miną wskazującą, że już chyba coś rozumie.
- Poldek, jak te dwa niedźwiedzie są kamienne, to trzeba szukać jakichś rzeźb. Plac był pusty, więc rozbiegli się na dwie strony. A już po chwili jedno i drugie machało na znak, że znaleźli. Poldek po lewej stronie rynku, jak się okazało, "upolował" niedźwiedzia, lisa i koguta, a Misia, po prawej, natrafiła na resztę.
"Dom pod niedźwiedziem" na Rynku Nowego Miasta
- Dlaczego ludzie sobie wyrzeźbili te zwierzęta nad drzwiami?
- Bo w ten sposób, bardzo dawno temu, oznaczane były domy. Nie było jeszcze wtedy numerów kamienic. Mówiło się po prostu: „Mieszkam pod niedźwiedziem” albo „Mam mieszkanie pod kogutem”. I każdy wiedział dokładnie, gdzie to było.
Nagle słońce, które od dłuższego czasu skrywało się za chmurami, ukazało swoje promieniste oblicze. Skorzystaliśmy więc z okazji, żeby na ławce ogrzać się i opalić trochę twarze, zostawiając resztę rynku do zwiedzenia później.Kolacja nie zając, nie ucieknie! Zwłaszcza jak się wcześniej wypiło filiżankę sycącej czekolady.
Rozwiązanie zagadki:
- Chyba jednak nie miodek - tryumfująco podsumowała zagadkę Misia. Wy też daliście się nabrać?
Andrzej Papliński

Zapraszamy do czytania poprzednich podpowiadanek:

JAK TO Z SYRENKĄ BYŁO...

Chodzicie z dziećmi po mieście. Po drodze mijacie ulice, place, pomniki. Czasem może któreś z dzieci rzuci pytanie na ich temat...

SYRENKA Z KATEDRY

Szliśmy ulicą Świętojańską. Miśka i Poldek, jak zwykle, ciągnęli mnie do ich ulubionych lodów...

CHRYSTUS OD FARY

Lody lodami, ale w końcu znaleźliśmy się w środku katedry św. Jana. Przeszliśmy obok kaplicy – mauzoleum kardynała Stefana Wyszyńskiego i poszliśmy w kierunku kaplicy Baryczkowskiej...

JAK TO Z GOLIATEM BYŁO...

Obeszliśmy katedrę i, idąc wzdłuż murów kościoła, kierowaliśmy się ku Kanonii. Nagle Miśka, która szła pierwsza, zatrzymała się ...

LATARNIE NA DACHACH...

Ruszyliśmy szukać wielkiego stawiacza min. Żeby wyjść poza mury obronne miasta musieliśmy przejść przez rynek....

BRAMA BRAMIE...

Wyszliśmy z rynku i ulicą Nowomiejską ruszyliśmy w stronę barbakanu. Zatrzymałem się tuż przed nim...

O MAŁYCH ŻOŁNIERZACH 

Przed nami, na tle murów obronnych odcinała się niewielka sylwetka. Podeszliśmy bliżej. Na cokole stał mały chłopiec okryty panterką...

POGODA NA ULICY PIWNEJ

Weszliśmy w ulicę Wąski Dunaj, po minucie minęliśmy po lewej stronie Szeroki Dunaj, który kiedyś odgrywał również rolę rynku...

STAROMIEJSKIE GOŁĘBIE

Ulicą Piwną poszliśmy w kierunku placu Zamkowego. Po drodze minęliśmy kamienicę, w której kiedyś mieszkał aktor...

PIWNA CZY TO PTASIA

Szukaliśmy na ulicy Piwnej ptasiej mamy z jej dziećmi. Jak szliśmy w stronę gołębi, widziałam orła, ale czy był z pisklętami...

FRYCEK NA COKOLE

Alejami Ujazdowskimi szliśmy w stronę głównej bramy parku łazienkowskiego. ...

DLACZEGO NIE TUTAJ

Miałem już zamiar odejść od pomnika Fryderyka Chopina, ale Poldek zatrzymał mnie krótką uwagą...

ORANŻERIA CZY GALERIA? 

 Skierowaliśmy się w stronę schodów prowadzących na dół, na tyły Starej Pomarańczarni.

MALOWANY TEATR

- Szukajcie otwartych drzwi – poradziłem dzieciom, gdy zaczęły się rozglądać za zapowiedzianą niespodzianką. 

NO, CO Z TĄ NAZWĄ?

Okazało się, że gofry muszą chwilę poczekać. Po drodze zobaczyliśmy okrągły domek z kolumnami przy wejściu...

DOOKOŁA WODY

Bliźniaki oblizywały się po zjedzonych gofrach, ja płaciłem rachunek, a wokół kręciły się gromadki wróbli kłócących się o okruchy z ciastek...

PRZED PAŁACEM

Szliśmy szeroką alejką w kierunku mostka. Pałac pojawiał się i znikał między gałęziami drzew rosnących nad stawem. Tuż przed mostem odezwałem się tajemniczo zniżając głos...

KARMIĆ I NIE SZKODZIĆ!

Siedzieliśmy na ławce nad brzegiem stawu. Ja kontemplując piękną powierzchnię wody błyszczącą od promieni słonecznych, bliźniaki klikając w swoich „piekielnych maszynkach”...

CO MA KOLEJ DO OBRUSA?

Co ma starożytna Grecja do obecnej kolei? Czym była droga żelazna? Czemu szyny mają taki a nie inny rozstaw? Miśka i Poldek na tropie kolejowych tajemnic.

A GDZIE TEN DWORZEC?

Przyglądałem się Poldkowi. Wyraźnie coś go intrygowało. I rzeczywiście… za chwile wszystkie wątpliwości miały się rozwiać...

JAK TO Z CZASEM BYŁO

Czy pociągi zawsze jeździły po dwóch torach? Jak liczono czas w podróży transsyberyjskiej? Poldek i Misia zgłębiają problem względność czasu.

POCIĄGOWA MATEMATYKA

Czy oglądając parowozy można zajmować się szyframi? Okazuje się, że można. Poznajcie wybitnych deszyfrantów, Miśkę i Poldka. 

PODPOWIADANKI:
NAJWYŻSZY CZY NIE?

Tym razem Misia i Poldek muszą się zmierzyć z zagadką, który budynek w Polsce jest najwyższy. Wbrew pozorom odpowiedź wcale nie jest jednoznaczna.

PODPOWIADANKI:
ARRASY CZY GOBELINY?

Czy w Zamku Królewskim można spotkać okrutne gobliny? Tym razem, Miśka i Poldek, uciekając przed burzą szukają schronienia w siedzibie króla Stasia...

PODPOWIADANKI:
W PRZEDPOKOJU U KRÓLA

Dziś bliźniaki poznają różnicę między własnym przedpokojem a królewską antyszambrą... 

PODPOWIADANKI:
KRÓL OCZEKUJE

Misia i Poldek dowiadują się, czy można usiąść po prawicy króla na jego tronie i jak ratować ścienne malowidła przez bombardowaniem.

PODPOWIADANKI: 
KRÓL OCZEKUJE

O pudelmantlu, muchach na nosie i małym łóżku, które okazuje się duże. Misia i Poldek buszują dzisiaj po apartamentach Stanisława Augusta.

Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 354927