SYRENA LUDWIKI…

Miała być zwiewna, miała być feeryczna. 

Lato tego roku było wyjątkowo gorące. Dlatego wielu było ludzi, którzy, tuż przed zachodem słońca, opuściwszy piaszczyste wiślane plaże, zmierzali w stronę centrum. Nagle z nurtów rzeki zaczęła wyłaniać się ogromna zielonkawa zjawa. Światło przebijało ją na wskroś i odbijało się w ciemnej wodzie. Z wolna oczy przechodniów przyzwyczajające się do zapadającej ciemności poczęły rozpoznawać kobiece kontury… W uniesionej jednej ręce trzymała coś na kształt szabli czy też miecza. Tarcza zawieszona zaś na drugim ramieniu zakrywała jej piersi. A delikatne wiślane fale muskały pozostający w wodzie… rybi ogon. I wszyscy już wiedzieli, że to warszawska syrena pojawiła się w stolicy jak przed wiekami. Może zaśpiewa też coś swoim dźwięcznym głosem, którym rzucała kiedyś urok na mieszkańców książęcego wtedy jeszcze grodu? 

Cóż, opis ten prawdą jest być może, ale ja go między bajki włożę, parafrazując biskupa Krasickiego, obedrzeć muszę moich czytelników ze złudzeń. Nic takiego nie miało miejsca. Chociaż, opis ten miał być prawdą. Sam prezydent miasta, Stefan Starzyński, cieszył się taką właśnie wizją nowego pomnika, który miał się pojawić latem 1939 roku. Pomnika warszawskiej syreny. I właśnie taka, jak w moim opisie, wielka na dwadzieścia metrów postać miała być wykonana z zielonkawego szkła, ustawiona w nurcie rzecznym i nocą oświetlana światłem reflektorów. 

Na marzeniach się jednak skończyło. Bo to i funduszy nie było za wiele, i technologia nie taka, żeby owego szklanego olbrzyma na pastwę wody, kry i wichur ustawić. A i czasy już były nie do świętowania, a do zbrojenia się raczej nawołujące. 

I dlatego Syrena, którą możemy do dziś podziwiać wykonana została ze spiżu i wysoka jest na niespełna… 3 metry. A żeby choć trochę rzecznej legendy przemycić, zdecydowano się ustawić ją tuż przy wiślanym brzegu, na Wybrzeżu Kościuszkowskim, na kamiennym postumencie otoczonym basenem z wodą. 

Pracę nad projektem powierzono rzeźbiarce z dużym dorobkiem artystycznym, Ludwice Nitschowej. Jak sama wspominała, za pracownię służyła jej opuszczona kotłownia w warszawskich Filtrach, gdzie była w górnej partii hali galeria, a z niej można było podglądać postęp prac. I pojawiał się ponoć na niej od czasu do czasu prezydent Starzyński, niecierpliwiąc się, kiedy to nastąpi koniec pracy. 

Choć nad Wisłą posąg ustawiono już w kwietniu, to trzeba było poczekać do końca czerwca z uroczystościami odsłonięcia. I choć tak była wyczekiwana, nie było wielkiej pompy, ceremonia odsłonięcia była krótka, prezydent natychmiast wrócił do ratusza wzywany przez sprawy niecierpiące zwłoki. Krótkie też były wzmianki w prasie. Jakby z obowiązku tylko. I może dlatego w wielu dzisiejszych źródłach można przeczytać, iż uroczystego odsłonięcia w ogóle nie było. 

Syrena nad Wisłą, dzieło Ludwiki Nitschowej jest jednym z nielicznych przedwojennych pomników, które nie zostały zniszczone przez niemieckiego okupanta. Przetrwała wojnę z niewielkimi uszkodzeniami, które zniknęły już po pierwszej renowacji wykonanej w 1949 roku przez tę samą pracownię Braci Łopieńskich, która wykonała posąg według projektu rzeźbiarki w 1938 roku. 

Pomnik stoi niedaleko Centrum Naukowego Kopernik, więc łatwo, przy okazji, podejść do niego i spojrzawszy w twarz zapytać cicho: Tyś to jest ? Czy nie ty, Krystyno? Bo, choć po wojnie Ludwika Nitschowa zdradziła, że pozowała jej kuzynka przyjaciółki, studentka etnografii Uniwersytetu Warszawskiego, Krystyna Krahelska, to patrząc na zdjęcie tej młodej kobiety, która zginęła drugiego dnia powstania warszawskiego, nie widać w pierwszej chwili podobieństwa. Geniusz twórcy leży jednak nie w oddaniu wiernego obrazu, lecz w jakimś ulotnym odczuciu czyjejś obecności. To nie jest twarz Krystyny, a przecież myśl o Krystynie natychmiast się pojawia. Nie dlatego, że nam o niej przez 40 lat mówiono. Ale, dlatego, że jest coś wspólnego w tych dwóch twarzach, tej z fotografii i tej spiżowej. Coś nieuchwytnego. Coś czego nie da się zdefiniować i nawet w słowa obrócić. Ale są, są razem, są nad Wisłą trzy kobiety: studentka, syrena i jej portret spiżowy. A właściwie cztery, bo, niczym anioł stróż, otoczyła je wszystkie swoim talentem Ludwika Nitschowa.

Andrzej Papliński 

29 czerwca 2020 roku
Fot. Andrzej Papliński
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Liczba odwiedzin: 40564