MOJE PIERWSZE WARSZAWSKIE WSPOMNIENIE 1970

Chcecie to wierzcie, chcecie nie wierzcie, 
Lecz to jest prawda, to jest fakt, 
Niemal pół wieku jestem w tym mieście, 
Trochę w tym czasie zmienił się świat. 

Dociekliwi wiedzą z mojej wizytówki, że jestem warszawiakiem małopolsko-gdańskim, który osiadł w połowie drogi. Niejeden zdziwi się, jak tu w Warszawie znalazł się ktoś mający w życiorysie dwa tak piękne miasta jakimi są Gdańsk i Kraków? Cóż, chyba nie wie, co może kobieta. Ale to zdarzyło się jednak trochę później. 

Przed pół wiekiem miało miejsce natomiast moje pierwsze spotkanie ze stolicą, trochę przypadkowe. Mało tego, dziś mogę powiedzieć, że spotkałem Warszawę, której już nie ma. 

Na początek, na poparcie moich słów, wymyśliłem taką szaradę z czterema niewiadomymi. Ciekaw jestem, kto rozszyfruje wszystkie. 

Przyjechałem wówczas na dworzec, którego nie ma. Na obiad poszedłem do dużego baru w Centrum, który już nie istnieje, a przyjazd mój związany był z imprezą, której już Warszawa nie organizuje. Wszystko odbyło się na obiekcie, którego także już nie ma. 

Ale zacznijmy od początku. Było lato 1970 roku. Miałem wakacje po III roku studiów. Spędzałem je w domu. Jedyną atrakcją tego lata był dla mnie miesięczny obóz wojskowy, jaki wtedy nas studentów obowiązywał. Zorganizowano nam go w jednostce wojskowej w Szczecinie. Tylko co wróciłem, gdy pewnego dnia mój tato przychodzi do mnie z zapytaniem, czy chcę się przejechać do Warszawy? Pytanie mnie zaskoczyło, lecz szybko rzecz się wyjaśniła. Rodzice, jako właściciele działki należeli do Związku Pracowniczych Ogródków Działkowych. W Warszawie co roku, nasze władze PRL-owskie organizowały wówczas Centralne Dożynki. Huczna impreza, z udziałem najwyższych władz, odbywała się na stadionie X-lecia. 100-tysięczny stadion trzeba było jednak wypełnić. Do Warszawy zjeżdżały specjalne pociągi, które z całej Polski przywoziły uczestników. Takie właśnie zaproszenie dostał mój ojciec. Mówi do mnie - chcesz, to jedź. 

I tak po raz pierwszy w życiu znalazłem się w stolicy. Zaproszenie z wejściem na stadion, było jednocześnie biletem na pociąg w obie strony. Przejazd odbywał się nocą, a cały dzień mieliśmy do dyspozycji w Warszawie. 

Inna była ta dawna Warszawa. Przyjeżdżało się na Główny, o Centralnym jeszcze się wtedy nawet nie mówiło. Centrum jedynie z Pałacem Kultury i budowaną ścianą wschodnią. Hotel Forum także miał dopiero powstać. Czuło się taki marazm późnego Gomułki. Jak się za pół roku przekonaliśmy, był to koniec ery towarzysza Wiesława. Nawet nie wiedzieliśmy, że bierzemy udział w występie pożegnalnym I sekretarza partii, a te właśnie dożynki są ostatnimi, jakie odbywały się w Warszawie. Z chwilą objęcia rządów przez towarzysza Gierka, gdy Polskę podzielono na 49 województw, organizację dożynek otrzymywało co roku inne miasto wojewódzkie. 

Dla mnie jednak, dla młodego kibica sportowego dożynki były drugorzędną sprawą. Oficjalna część z chlebem i solą dla Gospodarza, czyli towarzysza sekretarza była niewidoczna. Bardzo daleko było do loży polityków a telebimów wtedy przecież nie było. Z pewnością wszystko lepiej było widać w telewizji. Atrakcją były występy zespołów folklorystycznych na płycie stadionu, z Mazowszem w roli głównej. Ja byłem zafascynowany ogromem tego stadionu. Przypominałem sobie te wielkie wydarzenia sportowe, które tu się odbywały, szczególnie kilka razy meta etapu Wyścigu Pokoju. Któż nie znał naszych kolarzy? To byli prawdziwi bohaterowie. Królak, Mytnik, Szozda, Hanusik, no i oczywiście nasz król szos – Ryszard Szurkowski. Oprócz kolarstwa byłem wtedy wielkim fanem lekkiej atletyki. Po naszych sukcesach na mistrzostwach Europy w Sztokholmie, potwierdzonych później na olimpiadach w Rzymie i w Tokio, o naszej reprezentacji mówiono w samych superlatywach – Wunderteam. Organizowano wtedy międzypaństwowe mecze lekkoatletyczne. Dziś takie imprezy ustąpiły miejsca rozmaitym meetingom. Ale wtedy! Czy można dziś sobie wyobrazić, że najsilniejsza reprezentacja lekkoatletyczna na świecie – USA, przyjeżdża do Warszawy, by rozegrać mecz z Polską. To działo się w sierpniu 1958 roku. Dziś pełny stadion na meczu lekkoatletycznym to marzenie. 

Z tego mojego pierwszego pobytu w Warszawie zachowały się zdjęcia, które zrobiłem na stadionie. Wtedy klisza, zdjęcia format 6 x 9 cm, trudno o jakość, ale jest pamiątka. Czajka, limuzyna I sekretarza, cały parking aut rządowych. I ten widok w kierunku centrum z jednym wysokim budynkiem – PKiN. Jeszcze nie powstały wieżowce na ścianie wschodniej. Tak wtedy wyglądała Warszawa. Po zakończonej imprezie pojechałem do Pałacu Kultury i wjechałem na taras 30. piętra. Zachowało się jedno moje zdjęcie z dzisiejszym rondem ONZ. Jakże inaczej wygląda stolica dziś. Tyle Warszawy poznałem wtedy podczas tego kilkugodzinnego pobytu. 

Czy mógłbym wtedy przypuszczać, że tą windą w PKiN za 5 lat zacznę przyjeżdżać regularnie do pracy na 31 piętro? Aż do emerytury? Ale osobę, która to sprawiła, z Mazowsza rodem, poznałem dopiero pół roku po tych pamiętnych dożynkach. I to już temat na inne opowiadanie. 


Na koniec winien jestem odpowiedź na czwartą zagadkę z szarady na wstępie. Ten duży znany bar w Centrum, dziś już nieistniejący, to bar „Praha”, który mieścił się naprzeciw dawnego CDT-u w Alejach. 

Franciszek Trynka 

5 lipca 2020 roku

Fot. Franciszek Trynka
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Liczba odwiedzin: 188169