ZDOBYCZNA ŚMIERĆ

13 sierpnia 1944 roku w tragicznym wybuchu nieznanego powstańcom zdobycznego pojazdu zginęło, być może, nawet 500 osób. 

Trwało powstanie. Zarówno powstańcy, jak i społeczeństwo po tych kilkunastu dniach przeżywali głód sukcesu. Nic dziwnego, w tej rozprawie z Niemcami, ważne było każde osiągnięcie. Każdy odbity obiekt, każda zdobyta broń. Tym bardziej gąsienicowy pojazd bojowy. 

Dzisiejszy felieton chcę poświęcić pamięci pana Janusza Wałkuskiego, dziś już nieżyjącego, którego poznałem osobiście w Domu Spotkań z Historią 5 lat temu. Chętnie dzielił się swoimi wspomnieniami z czasów wojny, w szczególności z okresu powstania warszawskiego. Swoje wojenne przeżycia zawarł w książce zatytułowanej „Moja wojna”, z której zaczerpnąłem tytuł rozdziału opisującego te wydarzenia. 

Przypominając to tragiczne sierpniowe popołudnie, spojrzymy na nie oczyma młodego chłopaka, cytując fragmenty jego książki. 

Pan Janusz w chwili wybuchu powstania miał 11 lat. Urodzony na Woli. Jego ojciec, oficer kontrwywiadu WP zaginął w wrześniu 1939 roku. Okres wojny przeżył wraz ze swoją mamą. Była ona pielęgniarką. Należała do Służby Kobiet, odbyła szkolenie sanitarne, a w czasie powstania pracowała w szpitalach powstańczych, m.in. na Kilińskiego oraz na Długiej. 

Początek powstania zastał go na Chłodnej, gdzie mieszkali. Już 3 sierpnia w wyniku nalotów jego kamienica została zniszczona. Ukryci w piwnicach zostali wydobyci przez okienka po usunięciu gruzów. Niestety, w sąsiedniej kamienicy, w której zawalił się strop zginęli wszyscy mieszkańcy – 37 osób. Niemcy nacierali, trzeba było uciekać. W tej sytuacji ubrany w garniturek od I komunii świętej wraz z matką udał się na Starówkę do znajomych babci. Z kłopotami dotarli na miejsce 6 sierpnia. Mały Januszek z przejęciem oglądał defiladę powstańców z okazji święta 6 sierpnia. Starówka wtedy jeszcze wyglądała normalnie, handlowano w sklepach, choć był to głównie handel wymienny. Jego mama zgłosiła się do pracy w szpitalu na Kilińskiego. On pomagał i dorabiał specyficznym handlem. Pomagał, przenosząc z chłopakami np. szyte bandaże do szpitali, robione przez kobiety z płótna pościelowego. A handel? Specjalnością Janusza był bimber. Musiał być z niego zadatek na warszawskiego cwaniaka. Dotarł do melin, gdzie go pędzono, miał specjalny plecak niemiecki na 5-litrową bańkę. Dostarczał tam, gdzie było zapotrzebowanie. Tak pomagał mamie zarobić na utrzymanie. Przenosił również żywność powstańcom ze specjalnego sklepu na Nowym Mieście, który pomagał walczącym. Pomagał także przenosząc potrzebne produkty i wodę do kuchni powstańczych. 

Życie wymusiło przebijanie traktów komunikacyjnych piwnicami. Zdarzyło się, że po przebiciu się do piwnicy na Podwalu po nr 29 natrafiono na zapomniane stare beczki z winem. Było to cenne znalezisko, waluta wymienna, z której z kolegami korzystali. 

Problemem była woda, długie kolejki przy nielicznych studniach. Czasem Niemcy strzelali do kolejek. Strach było uciekać i stracić kolejkę, zostając ryzykowało się życiem. Właśnie w kolejce po wodę spotykał się z Mironem Białoszewskim. Poznał go już wcześniej na Woli. Zapoznał się z nim, dzięki swojemu kuzynowi Ryśkowi, żołnierzowi AK, który zginął w pierwszych dniach powstania. Przyjaźń pana Janusza z Mironem przetrwała wojnę, spotkali się później. W końcu był na uroczystości odsłonięcia tablicy na Tarczyńskiej. 

Wróćmy jednak na Starówkę. Był dzień 13 sierpnia… „Niemcy walili w Stare Miasto z wszystkiego co mieli, wyły śmiercionośne sztukasy, były duże straty mieszkańców, szpitale zapełniły się rannymi. 

Przed wieczorem strzelanina przycichła. Z kolegą Antkiem, korzystając z ciszy zanieśliśmy zebrane od ludzi koce i prześcieradła do szpitala na Długiej. Wracaliśmy Kilińskiego. Ludzie wychodzili z nor zaczerpnąć powietrza… …nic nie zapowiadało nieszczęścia, jakie miało nadejść za kilkadziesiąt minut… Wielu ludzi straci życie, również mój przyjaciel Antek, który szedł obok mnie, cwaniacko pogwizdując przez zęby…zastanawialiśmy się co by tu jeszcze zrobić zanim Niemcy przerwą naszą sielankę. 

Nagle. To co zobaczyliśmy wprawiło nas w osłupienie. Na podeście obok murów obronnych stał czołg z polską flagą! 

Powstańcy zdobyli czołg! – krzyczy Antek. Popędziłem za nim. Z trudem przecisnęliśmy się…aby z bliska gładzić pancerz. Nasz czołg!” – tyle cytat. 

Wiwatom nie było końca, żołnierze z radością opowiadali o tym, jak go przechwycono. Chcieli podjechać na Długą pokazać go dowództwu. Silnik zawarczał, wszyscy chcieli jechać, zaczepić się na tym zdobytym pojeździe. Antek wsiadł i pojechał. Janusz też, ale chwycił się tłumika, który zaraz się zagrzał i chłopiec musiał go puścić. Gdy spadł, inni zajęli jego miejsce, czołg pojechał bez niego. I to uratowało mu życie. Biegł do domu z radosną wiadomością o zdobycznym czołgu, gdy nagle powalony został potwornym podmuchem. Pokaleczony obudził się w piwnicy, gdzie go opatrywano. Z nosa i uszu leciała krew. Wokół leżały zmasakrowane ciała, krew, gdzieś jego przyjaciel Antek. 

Koniec powstania pan Janusz przeżył wraz z mieszkańcami Starówki. Stłoczenie na rynku Mariensztackim, pędzenie na dworzec zachodni, wywiezienie do Pruszkowa. Tam selekcja i wywózka dalej. Trafili źle, do nieprzychylnie ustosunkowanej do powstania wioski koło Drzewicy. Stamtąd uciekli i przedostali się do znajomych matki w Krakowie, skąd po przejściu frontu powrócili do Warszawy. 

Na koniec parę faktów. To tragiczne wydarzenie, obchodzone corocznie jako Dzień Pamięci Starówki, przez lata obrosło legendami. Toczyły się i nadal toczą spory pomiędzy historykami i ludźmi, którzy pamiętali to zdarzenie. Jedni uważają, że był to czołg pułapka celowo porzucony, niczym koń trojański. Ma za tym przemawiać fakt, że po stronie niemieckiej po utracie pojazdu zaległa cisza. Nie było prób odzyskania, ani zniszczenia, tylko oczekiwanie na to, co się stanie. Inni mówią, że był to czysty przypadek. Był to nowy niemiecki produkt pomyślany do podrzucania ładunków wybuchowych pod barykady i ich niszczenia. Eksplozja wynikła z nieznajomości obsługi pojazdu. Celowo używam określenia „pojazdu”, bo choć był na gąsienicach, nie był to czołg, lecz transporter przeznaczony do przewożenia specjalne z przodu podwieszonego ładunku wybuchowego o bardzo dużej sile, o wadze 500 kg. Nosił nazwę Borgward IV. 

Dowódca batalionu, który zdobył pojazd, kpt. „Gustaw” zalecał ostrożność do momentu zbadania pojazdu przez fachowe służby, jednak w tym czasie inna grupa powstańców, powołując się na pełnomocnictwo dowódcy powstania, przejęła pojazd i rozpoczął się rajd przez Starówkę. Tragiczny finał już znamy. Liczba ofiar nigdy nie będzie znana. Jedynie udało się ustalić, ilu zginęło żołnierzy zgrupowania „Róg”, którzy odpoczywali w przerwie walk, natomiast liczba ofiar wśród ludności cywilnej Starówki jest nie do ustalenia. 

W swojej książce pan Janusz pisze: „Kiedy czasem zapalam lampkę na skromnym pomniku, mam wrażenie, jakbym to robił na własnym grobie…”, a w innym miejscu: „ wojna to był czas, kiedy kwestia żyć i przeżyć, albo zginąć była nieraz dziełem przypadku, a ja jestem tego najlepszym przykładem”. 

Franciszek Trynka 

13 sierpnia 2020 roku
Fot.  Franciszek Trynka
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Liczba odwiedzin: 194715