PODPOWIADANKI:

BRAMA BRAMIE NIERÓWNA

Wyszliśmy z rynku i ulicą Nowomiejską ruszyliśmy w stronę barbakanu. Zatrzymałem się tuż przed nim, pomiędzy dwiema liniami murów obronnych.

- Jak sądzicie, gdzie była brama miejska? – zapytałem dzieci.
- Jak to, gdzie była? Przecież jest przed nami! – zdziwiła się Misia. Po minie zaś Poldka widziałem, że wyczuł mój podstęp. I nie rozczarowałem się.
- Jeśli zadajesz tak głupie pytanie, to znaczy, że jej tutaj nie ma.
- Poldek, ślepy jesteś? – Miśka nie dawała za wygraną.
- Faktycznie, nie ma jej już – wtrąciłem się, żeby zażegnać konflikt. – To, co widzicie przed nami, to brama w barbakanie, fortyfikacji będącej częścią murów obronnych. Właściwa brama była tutaj, gdzie teraz stoimy. Między murami. Na niej kończyła się ulica, którą przyszliśmy z rynku, wówczas zwana Gołębią. Nazwana została Bramą Nowomiejską, ponieważ prowadziła do nowego miasta, do Nowej Warszawy. Była jeszcze jedna brama, Krakowska, tuż obok zamku. Przed nią zaczynała się droga w stronę Czerska, a potem Krakowa. Dlatego kiedyś nazywano to miejsce przedmieściem Czerskim, a dzisiaj Krakowskim. Warto też wiedzieć, że bramę Nowomiejską nazywano też bramą mieszczan, a tę przy zamku, bramą dworzan.

- Dlatego, że dworzanie nią wchodzili?
- Nie. Chodziło o to, że w razie ataku nieprzyjaciela na miasto również jego mieszkańcy byli zobowiązani do jego obrony. I tej bramy obok zamku bronić mieli dworzanie książęcy, a potem królewscy, natomiast tej drugiej bramy bronili mieszkańcy miasta, czyli mieszczanie, jak ich kiedyś nazywano.

Załatwiwszy pokrótce sprawę miejskich bram (historię murów obronnych zgodnie odłożyliśmy na później), wyszliśmy przed Barbakan i ruszyliśmy ulicą Freta w stronę kościoła Św. Ducha. Przed kioskiem „Ruchu” znów się zatrzymałem.

- Rozejrzyjcie się uważnie dokoła. Spróbujcie odgadnąć, który dom jest najmniejszy. Ze wszystkich okolicznych, które stąd widać.

Miśka zakręciła się szybko na pięcie, ogarniając wzrokiem całą zabudowę i bez wahania pokazała kamieniczkę przy kościele św. Jacka.

- Jesteś pewna?
- Tak! – odpowiedź była stanowcza. – Nie widzę mniejszego.
- A co na to Poldek?
- Znowu nas nabierasz. Tylko nie wiem jak…
- A może to kiosk „Ruchu” za wami? – uśmiechnąłem się. Spojrzeli na niego.
- Przecież to kawałek kościoła – zdziwił się Poldek.
- A właśnie, że nie. Zmyliło was to, że jest „przyklejony” do kościoła, jakby był jego częścią i ma ten sam kolor tynku. Tymczasem jest to odrębny budynek, który ma już prawie 180 lat i zawsze był sklepem. I nie ma nic wspólnego z kościołem. A ponieważ ma własny adres i jest niezależną posesją, uznany został oficjalnie za najmniejszy dom w Warszawie.

Dzieci zaczęły go oglądać dookoła.
- Ciekawe czy ma kibelek? – rzucił Poldek, a mnie opadły ręce, kiedy usłyszałem jego słowa.
- Chodźmy dalej.

Ulicą Długą szliśmy w stronę pałacu Raczyńskich, przed którym był kolejny postój.

- Widzicie te dwa kamienne „cosie” z trzema dziurami stojące po obu stronach bramy? Kiedyś takie coś było przed każdym pałacem w mieście.
- A po co?
- Pochodzą z czasów, gdy nie było jeszcze latarni w mieście. Ludzie chodzili z własnymi latarenkami na świeczkę lub olej, albo z pochodniami. Widzieliście kiedyś pochodnię? Szerokość tych dziur jest taka sama, jak szerokość pochodni. Zanim ktoś wszedł do środka, gasił pochodnię wkładając ją płonącym końcem do tej dziury, a potem kręcił nią parę razy, przyciskając do kamiennego dna. Nigdy nie wchodzono do pomieszczeń z pochodniami, bo o pożar nie było trudno. A gdy zapalił się jeden dom, to ogień łatwo przenosząc się wśród gęstej zabudowy niszczył często nawet pół miasta.

Za pałacem skręciliśmy w ulicę Kilińskiego i już po chwili stanęliśmy przed wielkim kamiennym blokiem, na którym leżała spiżowa płyta z napisami.

- W tym miejscu, prawie dokładnie 76 lat temu (wczoraj obchodziliśmy rocznicę tego wydarzenia), w czasie powstania warszawskiego, zginęło lub zostało rannych kilkaset osób. Nikt nie wie, ile dokładnie ich było. Tutaj właśnie wybuchł ten „stawiacz min”, którego szukamy. Kiedy powstańcy go zdobyli, zaczęli tryumfalny objazd Starego Miasta, mieszkańcy przyłączyli się do nich. Wszyscy chcieli być jak najbliżej. I nagle, materiały wybuchowe, którymi był wypełniony eksplodowały. Nawet nie chce sobie wyobrażać, jak ta ulica wówczas wyglądała… Do dziś trwa dyskusja, czy był to niemiecki podstęp, czy wybuch był przypadkowy.

- Ale samego „stawiacza” tu nie ma?
- Nie. I nie wiem nawet, czy w jakimś polskim muzeum można go zobaczyć. Trzeba by zapytać któregoś z moich kolegów, specjalistów od II wojny światowej. Za to w Muzeum Powstania Warszawskiego, na pewno można obejrzeć i nawet posłuchać małego goliata.
- Posłuchać? -zapytali oboje jednym głosem.
- Tak, w małej salce w podziemiu muzeum, w której dzisiaj stoi, można posłuchać nagrania jego pracującego silnika.
- Pójdziemy tam?
- Z pewnością, ale… za jakiś czas. Tymczasem, wracajmy na rynek.

Szliśmy milcząc, a ja, widząc w oddali niewielki pomnik, zastanawiałem się, co musiał czuć rówieśnik Poldka, dwunastolatek, widząc swojego przyjaciela, tak jak on Zawiszaka, padającego od snajperskiej kuli…

Andrzej Papliński
14 sierpnia 2020 roku
Fot. Natalka Chrzanowska
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Liczba odwiedzin: 190672