PODPOWIADANKI DLA RODZICÓW:

POGODA NA ULICY PIWNEJ

Weszliśmy w ulicę Wąski Dunaj, po minucie minęliśmy po lewej stronie Szeroki Dunaj, który kiedyś odgrywał również rolę rynku. Tutaj sprzedawano głównie ryby złowione w wiślanych odmętach.

- Przecież Dunaj to rzeka. I w dodatku strasznie długa – tym razem Misia pochwaliła się swoja erudycją. – To co ma wąska ulica do szerokiej rzeki? 
- Faktycznie, Dunaj, to najdłuższa rzeka w Europie zachodniej i południowej przepływająca przez 10 państw. A co ma wspólnego z warszawską uliczką? Niewiele, a może nawet nic! Nazwa tych uliczek pochodzi wprawdzie od słowa „dunaj”, ale pisanego małą literą. A ono podobno kiedyś oznaczało potok albo małą rzekę. 
- Dalej nie wiem, skąd niby ta rzeka się wzięła między domami – upierała się Miśka. 
- Bo dawno, dawno temu, na jednym końcu tej szerokiej ulicy biło źródło i woda wartkim strumieniem płynęła sobie w stronę murów obronnych, a potem wpadała do fosy. I stąd pewnie obie nazwy. 
Po minach dzieci widziałem, że ich zaufanie do językoznawców, po moim wyjaśnieniu, bynajmniej nie wzrosło. Po kilku krokach skręciliśmy w prawo. 
- Piwna – przeczytał Poldek. – To tutaj pewnie się robiło piwo i stąd jej nazwa – popatrzył na mnie ironicznie. 
- A żebyś wiedział. W średniowieczu na tej ulicy było kilka browarów. W tamtych czasach, różne warsztaty, pracownie, wytwórnie, jak byśmy tego nie nazwali, przeważnie były grupowane w jednej dzielnicy lub na jednej ulicy. Nieco dalej jest na przykład uliczka Piekarska. To co tam było? 
- Piekarnie! – jednocześnie krzyknęły dzieci. 
- Brawo Sherlocki! – uśmiechnąłem się. – Rozejrzyjcie się po fasadach i znajdźcie portret mężczyzny „wydrapany” na tynku. 
- Wydrapany? 
- Tak to można określić. Chodzi o to, ze na fasadę nakładano dwie, czasem trzy warstwy tynku, każdy w innym kolorze. A potem zdrapywano wierzchnie warstwy tak, żeby na dolna utworzyła rysunek. Taka technika ozdabiania murów nazywa się sgraffito i pochodzi z języka włoskiego. Od czasownika „graffiare”, czyli ryć albo drapać. 
- Jest – Miśka, jak zwykle, byłą pierwsza i pokazała nam palcem kamieniczkę z mini-delikatesami. 
- Antoni Magier. 1762 – 1837. Fizyk, metro… Metero… Me-te-o-ro-log. – tym razem język Poldkowi się nieco poplątał. 
- Meteorolog, czyli człowiek, który obserwuje pogodę, zapisuje wyniki swoich obserwacji a potem stara się na ich podstawie przewidzieć jej zmiany. Czy będzie taka sama następnego dnia, czy pojawi się deszcz, czy będzie prażyć słońce. Stoimy przed kamienicą, która należała do Antoniego Magiera. Tutaj mieszkał. I tutaj, podobno, każdego dnia, jego służący wywieszał na drzwiach wejściowych prognozę pogody. I każdy, kto tędy przechodził, mógł ją sobie przeczytać. 
- A jak ktoś czytać nie umiał? 
- I na to był sposób. Kto nie umiał czytać, czekał na moment, kiedy pan Magier wychodził z domu, a był bardzo regularny w swoich zwyczajach i wychodził zawsze o tej samej porze, i po prostu patrzył, jak nasz meteorolog był ubrany. Jak miał na sobie lekki surdut, to znaczyło, że będzie ciepło, a jak wychodził w grubym płaszczu, to wiadomo było, że dzień będzie zimny. 
- A jak miał przy sobie parasol, to oznaczało, że będzie deszcz – Miśka dzisiaj przechodziła sam siebie. 
- No, właśnie. Ale gdyby jego działanie ograniczało się tylko do takiej codziennej prognozy dla warszawiaków, być może wcale byśmy dzisiaj o tym nie wiedzieli. Tymczasem Antoni Magier był poważnym naukowcem. Każdego dnia mierzył, i to nawet kilka razy dziennie, zachmurzenie, temperaturę i wilgotność powietrza, kierunek wiatru, ilość opadów atmosferycznych, czyli po prostu, ile spadło deszczu, a nawet poziom wody w Wiśle. Wszystkie wyniki tych obserwacji notował w specjalnych tabelach. Zebrał się wielki zbiór wypełnionych kart z takimi tabelami, bo badania te prowadził od roku 1803 do 1828, czyli równo 25 lat, dzień w dzień. Gdzieś czytałem, że zanotował przez ten czas grubo ponad 100 tysięcy wyników obserwacji. Zbiór ten nie tylko, że istnieje do dzisiaj, ale zapisane w nim dane są w dalszym ciągu wykorzystywane przez współczesnych nam uczonych, którzy badają zmiany klimatu w długim okresie. To chyba najlepiej świadczy o tym, jak rzetelne były jego badania. 
- I to był jego zawód? – dopytywał Poldek. 
- Niezupełnie, był także nauczycielem fizyki w Liceum Warszawskim, tym, do którego chodził Fryderyk Chopin. Napisał nawet podręcznik do fizyki dla dzieci. 
- To może go kiedyś poczytamy? 
- Możemy spróbować, ale i wyjaśnienia zjawisk tam opisywanych i język tej książki jest już archaiczny, czyli przestarzały. Obawiam się, że trudno byłoby wam go zrozumieć. Za to moja ulubioną lekturą jest jego zbiór opowieści o współczesnej mu Warszawie. Ma on tytuł „Estetyka miasta stołecznego Warszawy”. Jest to prawdziwa kopalnia wiedzy na temat naszego miasta z czasów króla Stasia, a potem okresu pruskiego, napoleońskiego i rosyjskiego. 
I tu uśmiechnąłem się pod wąsem, co Miśka od razu dostrzegła. 
- Dlaczego się śmiejesz? 
- Bo przypomniał mi się fragment, w którym opisywał pewnego pana, którego bym określił, jako meteorologa – amatora. Na początku XIX wieku mieszkał w Warszawie pod przybranym nazwiskiem hrabiego de Lille brat króla Francji. Latem przeprowadzał się do Białego Domu w Łazienkach, a resztę roku mieszkał przy Krakowskim Przedmieściu. Jednego roku zajmował całe pierwsze piętro nieistniejącej już dzisiaj wielkiej kamienicy Wasylewskiego, niedaleko kościoła św. Anny. Przekupki warszawskie siedzące za swoimi straganami przed Bramą Krakowską wypatrywały z daleka, czy hrabia wyszedł może na balkon i jak się zachowuje. 
- A co je to mogło obchodzić? – obruszył się Poldek. 
- Jednak obchodziło. Patrzyły, czy stoi spokojnie oglądając Krakowskie Przedmieście, czy też może przestępuje z nogi na nogę. 
- Siusiać mu się chciało? – to, oczywiście, Poldek. 
- Nie. Chodziło o to, że byłą chory na podagrę, jak kiedyś nazywano reumatyzm. Kiedy zapowiadał się ciepły, słoneczny dzień, choroba mu nie dokuczała, ale kiedy wilgotne powietrze zapowiadało deszcz, ból, mrowienie w nogach stawało się bardzo dokuczliwe. I takie przebieranie nogami sprawiało mu odrobinę ulgi. 
- To ci dopiero meterol… 
- Meteorolog. 
- No, przecież mówię. 
Pomyślałem, że młodego się nie przegada. I zaproponowałem na głos: 
- Idziemy szukać gołębi! 
- Na rynku jest ich pełno – stwierdziła Misia. Tym razem ja zaoponowałem. 
- My poszukamy takich, które nigdy z tej ulicy, z ulicy Piwnej nie odlatują. Idziemy? 
- Idziemy! 

I poszliśmy. 

 Andrzej Papliński 

28 sierpnia 2020 roku 
Polona, domena publiczna
Fot. Natalka Chrzanowska
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 359886