PODPOWIADANKI DLA RODZICÓW:

DOOKOŁA WODY

Bliźniaki oblizywały się po zjedzonych gofrach, ja płaciłem rachunek, a wokół kręciły się gromadki wróbli kłócących się o okruchy z ciastek. Pierwszy zagadnął Poldek. 
- A ta chałupka to też z czasów króla? 
- Nie, ona pochodzi już z XIX wieku, kiedy Łazienki zostały sprzedane przez spadkobierców króla Stanisława Augusta rodzinie carskiej. Wcześniej stał tu pawilon, w którym była sala przeznaczona na gry towarzyskie, a także na przedstawienia teatralne. Tyle że była tak mała, iż tylko król i około 50 osób z jego otoczenia mogło oglądać spektakle na maleńkiej scenie. Stąd i nazwa - Teatr Mały. I dlatego też później powstał większy teatr w oranżerii, który już znacie i letni teatr pod gołym niebem, po drugiej stronie stawu. A ten domek, w którym teraz jest kawiarnia postawiono w 1830 roku. 
- Dziwną ma nazwę: trou madame – z polska wymówiła Misia. 
- To określenie francuskie, które wymawiamy „tru madam”. Tak nazywała się gra towarzyska, popularna w czasach króla. Francuzi jeszcze dzisiaj w nią czasem grają. 

Skierowaliśmy się w stronę stawu. Przed mostkiem wiodącym na taras przed pałacem pociągnąłem dzieci wzdłuż brzegu. 
- Nie pójdziemy prosto przed pałac, ale dookoła stawu. Po drodze zobaczycie „żywą skamielinę”, która ma już ponad 200 milionów lat. 
- Skamielina, to z kamienia, jak może być żywa? – dociekał Poldek. 
- Żywa i ma dwieście milionów lat? – Miśka uszom nie wierzyła. 
- No, może źle się wyraziłem. Chodzi o gatunek drzewa, który rósł na Ziemi już dwieście milionów lat temu, i który do dzisiaj niewiele się zmienił od tamtej pory. 

Wskazałem im drzewo stojące tuż nad brzegiem stawu, kilkanaście zaledwie metrów od mostu. 
- A jak ono się nazywa? 
- Po łacinie nazywamy go Ginkgo Biloba, dla przyjaciół Ginko – zażartowałem. A po polsku - miłorząb japoński, choć gatunek pochodzi z Chin. 
- No, to dlaczego japoński a nie chiński? 
- Bo w Europie znalazł się dzięki niemieckiemu lekarzowi, Engelbertowi Kämpferowi (wym. kempferowi), który w XVIII wieku przywiózł go właśnie z Japonii. I taka nazwa się przyjęła. A ten najstarszy europejski miłorząb rośnie sobie dalej w Ogrodzie Botanicznym w Utrechcie, w Holandii. U nas z kolei pierwszy pojawił się w drugiej połowie XVIII wieku w posiadłości pani Lubomirskiej w Łańcucie i też dalej sobie spokojnie rośnie. Ma już grubo ponad 30 metrów wysokości. Jest wyższy niż sześciopiętrowy budynek! Ale nie ma w tym nic dziwnego, bo miłorząb to jedno z najdłużej żyjących drzew. Uczeni oceniają, że może dożywać nawet do 4000 lat! 
- Ma dziwne listki, jak wachlarze. 
- Prawda? Liście ma bardzo charakterystyczne. Gdzieś w domu powinienem mieć ususzony między kartkami kalendarza taki liść z dawnych lat. A jak byłem w waszym wieku, to robiliśmy nawet w szkole zielniki. Suszyliśmy między kartkami bibuły liście różnych drzew i przyklejaliśmy potem na kartonach cieniutkimi pasemkami papieru. I oczywiście podpisywaliśmy je, żeby później pamiętać, z jakiego pochodzą drzewa. 
- My też suszyliśmy liście, ale bez tych kartonów – rzucił Poldek. 
- W takim razie, proponuję, żebyśmy dzisiaj nazbierali trochę liści i w domu zrobimy sobie zielnik. A przy okazji przekonamy się, czy dobrze jeszcze pamiętam nazwy drzew. 

Tak rozmawiając, doszliśmy do wodospadu. Niewielki jest tu spadek, więc i ten wodospad nie jest wysoki. Właściwie to jest to taki „huczok”, co huczy spływając po kamieniach. 
- Popatrzcie stąd na pałac po drugiej stronie stawu. Piękny widok. 
- Ale drzewa zasłaniają boki… - marudził Poldek. 
- To prawda, ale sam pałac prezentuje się bardzo ładnie. Czyli mamy stąd piękny widok na pałac, a król miał kiedyś piękny widok na wodospad. Bo był on kiedyś trochę większy. A obok niego miała powstać wielka rzeźba, nad którą miał królować władca oceanów - Neptun. 
- Dlaczego, miała? 
- Bo nie powstała. Albo się nie zachowała do naszych czasów. A właściwie dotrwała jedna rzecz. Gipsowa głowa Neptuna. Dzisiaj jej kamienną kopię możecie zobaczyć, o tam pod drzewem, po drugiej stronie alejki. 
- Brzydki – oceniła kobiecym okiem Miśka. 
- Nie każdy bóg mógł być piękny jak Apollo! 

Spojrzałem jeszcze raz na pałac, a potem skierowałem swój wzrok na prawo. Tam, gdzie między drzewami i krzewami bielił się amfiteatr. 
- Idziemy do teatru! 
- Na co? 
- Nie mówi się na co, tylko na jaką sztukę – poprawiła brata Miśka. 
- Dzisiaj atrakcją będzie nie przedstawienie, ale sam teatr – zapowiedziałem i ruszyliśmy alejką. Po drodze, zobaczyliśmy na wąskim cokole popiersie pana z brodą. 
- A kto to? – to oczywiście pytanie Poldka. 
- A kto to jest? – a to pytanie Misi. 
- To jest pomnik krakowskiego poety i malarza Stanisława Wyspiańskiego. 
- Krakowski, to powinien mieć pomnik na Krakowskim Przedmieściu – zawyrokował Poldek. 
- A jest właśnie tutaj, w Łazienkach, nie bez powodu. Jedna ze sztuk, które napisał Wyspiański to „Noc listopadowa” opowiadająca o powstaniu wywołanym przez elewów, czyli uczniów szkoły wojskowej, tzw. Szkoły Podchorążych, mieszczącej się właśnie w tym parku. 

Poldek cyknął Wyspiańskiemu zdjęcie i poszliśmy w stronę amfiteatru. Kiedy stanęliśmy naprzeciwko sceny usytuowanej na wyspie powiedziałem: 
- Za czasów króla scena miała dwie stałe dekoracje. To znaczy, dwie kolejne, jedna po drugiej, nie jednocześnie. Na samym początku istnienia teatru, od roku 1785, na scenie była urządzona sztuczna grota. A miejsca dla widzów były oczywiście na „stałym lądzie”. Tylko najpierw ustawiono po prostu kilkanaście rzędów ławek. I widownia narzekała, że nic nie widać. Czemu się wcale nie dziwię, przypominając sobie, jak wysokie fryzury pań były wówczas w modzie. Tak, na 20 – 30 centymetrów. Wiec panie siedzące w pierwszych ławkach pewnie zasłaniały widok wszystkim siedzącym z tyłu. I dlatego później usypano wysoki wał ziemny, tak by ustawić rzędy ławek na różnych wysokościach, jak w normalnym teatrze. 
- To od początku nie było tak jak teraz? Wszystko z kamienia? 
- Nie, nowa scena ze sztucznymi ruinami i ta kamienna widownia pochodzą już lat 90. XVIII wieku, czyli z ostatniego okresu panowania Stanisława Augusta. Król właściwie tylko dwa lata cieszył swoim nowym teatrem. W przewodnikach o Łazienkach możemy przeczytać, że nadworny architekt, Jan Chrystian Kamsetzer, projektując ten kamienny teatr zainspirował się włoskimi ruinami. Te kolumny przypominają rzymskie Forum Romanum, a widownia, to wypisz wymaluj amfiteatr w Herkulanum, starożytnym mieście zasypanym kilkumetrową warstwą pyłów wulkanicznych z wybuchu Wezuwiusza. Przypadkiem ruiny odkryto na początku XVIII wieku i cały ówczesny świat zwariował na punkcie tego odkrycia. Nic zatem dziwnego, że i Kamsetzer się na nim wzorował. Dzięki temu król polski miał jakby cząstkę starożytnej architektury w Warszawie. 
- A ten rów po drugiej stronie wody, przed sceną to po co? 
- To jest tak zwany kanał, albo mówiąc inaczej fosa, dla orkiestry. W ten sposób muzycy są ukryci przed wzrokiem widzów i nie rozpraszają ich uwagi swoim zachowaniem, a z kolei doskonale ich słychać. 
- Musiało ich być słychać, bo woda jest dookoła. Jak byliśmy na Mazurach i po drugiej stronie jeziora była balanga, to spać nie mogliśmy. 
- Tak, woda bardzo niesie głos. A tu jest rzeczywiście wszędzie dookoła. Jedną ze sztuk, którą wystawiono w tym teatrze była „Kleopatra” opowiadająca o rywalizacji Juliusza Cezara, przyszłego cesarza Rzymu i generała Marka Antoniusza o względy, czyli o miłość władczyni ówczesnego Egiptu, pięknej Kleopatry. Według autora miało to doprowadzić nawet do wojny domowej i do morskich bitew. Dlatego zaaranżowano taką bitwę również podczas przedstawienia. Przerobiono łodzie tak, by wyglądały jak wojenne okręty. Puszczano ognie sztuczne. Pełno było huku, dymu, jak na wojnie. Widzom się to podobno strasznie spodobało. 
- Szkoda, że nie mogliśmy tego widzieć – westchnął Poldek. – Musiało być super. 
- Jak ci powiem, że są kolorowe rysunki Norblina ukazujące to przedstawienie, to… 
- Eee tam, rysunki – skrzywił się chłopiec. 

Tak myślałem. Że dym, huk i ogień dla takiego małolata muszą być naturalne, nie narysowane, choćby artysta był geniuszem. A mówią, że dzieci mają wielką wyobraźnię. No tak, ale to było powiedziane przed wynalazkiem internetu, komputerów, smartfonów i tych wszystkich gier. Gdzie trzeba jak najszybciej klikać. Nic tylko klikać… 

 Andrzej Papliński 

24 października 2020 roku 
Fot. Poldek Nowacki
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 360041