KAŹŃ

15 listopada podniósł rękę uzbrojoną w czekan na królewski majestat. Dwanaście dni później tę samą rękę przypiekać mu będzie kat nad otwartym ogniem.

Sąd sejmowy skazał Michała Piekarskiego na infamię i pozbawienie praw i przywilejów szlacheckich. Jak zwykłego człowieka miał go zatem potraktować marszałek wielki koronny wydając wyrok opisujący ze szczegółami jego przyszłą kaźń. A że nie było dotychczas takiego przypadku, nie było też wzorców krajowych, w jaki sposób potraktować królobójcę. Paradoksalnie nieco, w sukurs przyszła marszałkowi ta sama historia z Francji, która miała wcześniej pobudzić wyobraźnię Piekarskiego i skłonić go do zamachu. Chodzi oczywiście o zabójstwo króla Henryka IV na ulicy de la Ferronnerie 14 maja 1610 roku i o wyrok na jego zabójcy François Ravaillacu. 

Świadkiem jego egzekucji był przebywający wówczas w stolicy Francji 19-letni Jakub Sobieski, ojciec przyszłego króla. I to na jego relacji być może oparł się marszałek Michał Wolski wydając następujący wyrok: „Lubo nie ma żadnej kary na świecie, któraby popełnionej przez Michała Piekarskiego zbrodni wyrównać mogła, gdy jednak nieszczęśliwy i obrzydły zbrodzień, ukarany podług słuszności i prawa być musi, przeto i ze zlecenia najwyższego senatu i na mocy urzędu, takową nań karę oprócz kar wymierzonych i oznaczonych wyrokiem senatu , stanowimy. Naprzód z miejsca więzienia, w którym zostaje, wyprowadzony będzie przez kata oraz jego oprawców wsadzony na wóz do tego sporządzony będzie. Mając skrępowane ręce i nogi, przywiązany do wozu tak zostanie, aby postać siedzącego zachował. Zasiądzie przy nim swe miejsce kat z oprawcami, trzymającymi swe narzędzia, ogień siarczysty i rozżarzone węgle, obwożon będzie przez rynek i ulice miasta. W miejscach wyznaczonych obnażonego czterema rozpalonemi szczypcami oprawcy szczypać będą. Gdy na miejscu kary staną, z woza na rusztowanie umyślnie wystawione, a na 8 łokci od ziemi wyniesione przeprowadzony zostanie. Tam mu kat ów czekan żelazny, który na Najjaśniejszego króla JMci się targnął do ręki prawej włoży, i z nim razem rękę bezbożną i świętokradzką nad płomieniem ognia siarczanego palić będzie, dopiero gdy wpół dobrze przepalona będzie, mieczem odetnie; toż z lewą ręką, bez przypalania jednak uczyni. Poczem czterema końmi ciało na cztery części roztargane, a obrzydłe trupa sztuki, na proch na stosie drew spalone zostaną. Nakoniec proch w działo nabity, wystrzał w powietrzu rozproszy”. 

I tutaj kończy się oficjalny dokument świadczący o losie Piekarskiego. Inne bowiem, na których trzeba się opierać, odtwarzając egzekucję, to wspomnienia jej świadków lub druki tak zwane ulotne. A one różnią się między sobą. Jedne powielają wersje o kaźni odbytej, zgodnie z warszawską tradycją na placu między murami obronnymi, „Piekiełkiem” zwanym. Drudzy piszą o rynku Nowego Miasta, na którym miała się rozegrać główna część dramatu. Czy możemy jednoznacznie określić, że któraś wersja jest właściwa? Nie, choć bardzo wiarygodnym wydaje się opis zawarty w pamiętnikach Samuela Maskiewicza, uczestnika ówczesnego posiedzenia sejmu: „Wyjechali z zamku na wał bramą, a wjeżdżając na przedmieście Krakowskie, także z ulicy w rynek wjeżdżając, z rynku w ulicę ku nowemu Miastu, także na nowe Miasto w rynek wjeżdżajac, siepał go kat kleszczami rozpalonemi, a tam mu na nowem mieście teatrum było zbudowane na które z nim wszedłszy oprawcy pod ręce na zad związane, podsadzili dymnicę z ogniem, siarki weń nasypawszy, palili je mieszkami dymając; potem zszedłszy z nim z góry, te cztery konie wyprzągłszy z wozu, poprzywiązywali postronki do rąk i do nóg, chcąc go roztargnąć, ale iż temu dosyć nie mogli uczynić, nacinał kat siekierą, a wycinając konie, urwali nogę mu prawą. Zatem samego wziąwszy, i te targane członki , włożyli na stos drew i spalili”. 

Drugą sprawą sporną jest również późniejszy los prochów zamachowca. Brak jest bowiem potwierdzenia w dokumentach faktu wystrzelenia ich w powietrze, zgodnie z marszałkowskim wyrokiem. Przeciwnie w kilku ówczesnych tekstach, jak na przykład u biskupa Pawła Piaseckiego znajdziemy takie zdanie: „(…) toż uwięzionemi do nóg i w przeciwne strony napędzonemi końmi rozerwane ciało ogień strawił i pozostałe popioły w nurtach Wisły zatopił”. Podobnie wyraził się anonimowy pamiętnikarz: „(…) końmi roztargany został, na ostatek ciało spalone i popiół w Wisłę rzucony”. Nie ma również w dosyć szczegółowym kosztorysie egzekucji zachowanym do dzisiaj punktu dotyczącego kosztów przygotowania armaty do wystrzału, a są w nim przecież groszowe nawet opłaty „za smolone beczki (15 groszy), za słomę do podniecania 10 groszy), za dwie dunice (8 groszy)”, nie mówiąc już o najdroższej w nim pozycji „A. Gramatice od czterech koni, co go wozili i co go nimi targano, dał mu pan Henryk florenów 10 a pan burmistrz Korb florenów 30”. Może zatem rzeka rzeczywiście prochy Piekarskiego pochłonęła, tak jak w starym Rzymie prochy i zwłoki skazańców Tyber pochłaniał. 

Całe zaś wydarzenie trwało kilka godzin, bowiem rozpoczęło się o godzinie 9 rano postawieniem oskarżonego przez senatem Rzeczypospolitej, w celu odczytania mu wyroku. Zakończyła się zaś około godziny 16. Ponoć w momentach największego bólu zbrodniarz krzyczał i jęczał, a jednak nie prosił o przebaczenie. Jedyne czego,  według świadków, żałował, to że zawiodła go ręka i że celu chybiła. 

A mieszkańcy Nowego Miasta jeszcze potem długo opowiadać mieli, zwłaszcza przekupki wszystkowiedzące, „iż widywać było na tamtem miejscu, po kilka nocy, światłość jakąś, jakoby świecę zapaloną; prawdali? nie twierdzę, bom sam nie widział, ale słyszał od różnych”. Tymi słowy kończy swoją relację Samuel Maskiewicz. 
Czy los Piekarskiego dopełnił się na "Piekiełku", gdzie nie było jeszcze pomnika Jana Kilińskiego, jak tego chcą niektórzy historycy?
Czy może jak piszą niektórzy współcześni królobójcy pamiętnikarze, na rynku nowomiejskim, nad którym nie królował jeszcze kościół św. Kazimierza?
Tekst i zdjęcia: Andrzej Papliński

27 listopada 2020 roku
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Liczba odwiedzin: 235890