PRZYSIĘGI ZŁOŻONEJ NALEŻY DOCHOWAĆ?

W noc listopadową, 190 lat temu oficerowie, którzy złożyli przysięgę na wierność swemu monarsze, stanęli w obliczu dramatycznego wyboru. Siedmiu z nich swą decyzję przypłaciło śmiercią. 

Każda przysięga, jak choćby te najczęściej podejmowane, wojskowa czy małżeńska, stanowią akt publicznego, uroczystego zobowiązania, że składający to przyrzeczenie wypełni. Życie jednak niesie wiele nieoczekiwanych sytuacji, które zmuszają do zweryfikowania złożonych obietnic. Nasuwa się również pytanie, czy zawsze przysięga jest rzeczą nienaruszalną, czy jej złamanie jest możliwe i moralnie do zaakceptowania. 

Wróćmy jednak kilkanaście lat wstecz. Okres w naszej historii od Kongresu Wiedeńskiego do powstania listopadowego charakteryzował się pewnym niewielkim rozluźnieniem ze strony zaborcy. To czasy panowania cara Aleksandra I, kiedy na przykład zezwolono na założenie Uniwersytetu Warszawskiego. Zabór rosyjski, oficjalnie przyjął nazwę Królestwa Polskiego, z własnym, polskim wojskiem, którego naczelnym wodzem został książę Konstanty, młodszy brat cara. Jednak z czasem Rosja nie kwapiła się do wykonania zobowiązań konstytucji Kongresu Wiedeńskiego. Zaczęto wprowadzać coraz większe ograniczenia, począwszy od wolności prasy i zgromadzeń. Nie spełniło się także oczekiwanie naszych rodaków, czyli obietnica poszerzenia granic Królestwa Polskiego o tzw. ziemie zabrane (tereny Rzeczypospolitej włączone do Rosji). Restrykcje nasiliły się po śmierci umiarkowanego Aleksandra I i po objęciu rządów przez Mikołaja I. Rozpoczęły się aresztowania w środowiskach i organizacjach patriotycznych, w wojsku powstają sprzysiężenia przeciwko znienawidzonemu Konstantemu. To on bowiem zorganizował sieć inwigilacji oraz tajnej policji w celu likwidowania wszelkiej działalności patriotycznej i konspiracji, szkodliwej dla Rosji. Znany był także z publicznego znieważania oficerów. Lista spraw, które nakręcały nastroje Polaków jest dużo większa. W tej sytuacji wybuch powstania był nieunikniony. 

Noc listopadowa i pierwsze akcje powstańców są ogólnie znane. Mniej znana jest natomiast sprawa 7 oficerów (6 generałów i pułkownika), którzy zginęli z rąk powstańców tej pierwszej nocy. W tej gorącej atmosferze, oficerowie, którzy zdecydowali się dochować przysięgi, uznając, że słowo oficera jest słowem honoru, w oczach powstańców zostali uznani za zdrajców. Okoliczności, w jakich zginęli były bardzo różne. I tak np. gen. Nowicki został zastrzelony pomyłkowo, gdyż był podobny do znienawidzonego generała rosyjskiego. 

Jest wielką historyczną niesprawiedliwością, że zginęli ludzie zasłużeni, każdy z bogatym dorobkiem w służbie dla ojczyzny, posiadający często najwyższe odznaczenia wojskowe. Absolutnie, nie zasłużyli nie tylko na śmierć, ale i na późniejsze traktowanie ich przez społeczeństwo. Można powiedzieć, że zginęli nie dlatego, że zrobili coś złego. Ich winą było to, czego nie zrobili. Nie stanęli na czele chcącej walczyć młodzieży, która oczekiwała przywództwa. Jak pisze prof. Wacław Tokarz, historyk naszych zrywów niepodległościowych w swojej książce „Sprzysiężenie Wysockiego i noc listopadowa”: „Zabiła ich nie rzeczywista potrzeba, ale zawiedziona miłość tej młodzieży powstańczej, szukającej tak natarczywie wodza wśród własnej starszyzny”. Zaś Stanisław Szenic w I tomie monografii o Cmentarzu Powązkowskim dodaje: „Zabójstwo tych generałów, jak widzimy z ich życiorysów, nie było niczym uzasadnione”. Przypomnijmy ich nazwiska: Ignacy Blumer, Maurycy Hauke, Józef Nowicki, Stanisław Florian Potocki, Tomasz Jan Siemiątkowski, Stanisław Trębicki oraz pułkownik Filip Nereusz Meciszewski. 

Z pewnością żaden z nich nie chciałby być celem kpin i szyderstwa, powszechnego potępienia, jakie zaistniało 10 lat później. Jako tych, którzy zachowali się lojalnie wobec swojego monarchy, car Mikołaj I postanowił bowiem uhonorować monumentem, na który został rozpisany konkurs. Car sam osobiście przejrzał konkursowe projekty i wybrał pracę Antonio Corazziego. Monument miał 30 metrów wysokości, a zużyto nań 2460 cetnarów żelaza oraz 45000 funtów spiżu i brązu. 

Pomnik w postaci obelisku odsłonięto na placu Saskim z wielką pompą w 10. rocznicę wybuchu powstania, 29 listopada 1841 roku. Pozostawał w tym miejscu do 1894 roku, kiedy ustąpił miejsca budowanemu soborowi Aleksandra Newskiego. Przeniesiony został wówczas na plac zwany Zielonym, a dziś noszący imię gen. Jarosława Dąbrowskiego. Po abdykacji cara Mikołaja II, niemieckie władze stolicy wraziły zgodę na jego likwidację w 1917 roku. Był on w czasach swego istnienia obiektem dewastacji, złośliwych napisów, ciągłym utrapieniem carskiej policji. Maria Skłodowska-Curie wspominając swoje lata szkolne, stwierdziła, że obowiązkiem młodzieży było przechodząc obok pomnika splunąć. Gdy raz zagadawszy się z koleżanką zapomniała to uczynić, wróciły obie, by dopełnić tego „obowiązku”.
Franciszek Trynka
Fot. domena publiczna

29 listopada 2020 roku
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 359301