WARSZAWA SPOWITA W CIEMNOŚCIACH

W minionym tygodniu, 10 czerwca, mieszkańcy Warszawy, zaopatrzeni w ciemne filtry lub, po prostu, przydymione kawałki szkła mieli okazję przez dwie godziny śledzić Księżyc przesuwający się na tle Słońca. Dopisała także pogoda. Stosunkowo nieliczne chmury od czasu do czasu tylko przysłaniały widok. Nie zapadły, niestety, „ciemności egipskie”, czego może spodziewała się część publiczności, bowiem było to zaćmienie częściowe. Nasz naturalny satelita była za bardzo oddalony od Ziemi, aby móc przysłonić całkowicie tarczę słoneczną. Tym razem, w maksymalnej fazie, o godz. 12.54 zasłonił tylko jej centralną część, pozostawiając wokół siebie niewielką złocistą otoczkę. Mogliśmy oglądać obrączkowe zaćmienie słońca. 

Częściowe zaćmienia słońca są stosunkowo częste. Wielkim natomiast przeżyciem musiały być dla wszystkich, maluczkich i elit, całkowite zaćmienia. Warszawiacy w ostatnim tysiącleciu przeżyli czterokrotnie takie chwile strachu, choć na Mazowszu w tym okresie słońce „zgasło” aż pięć razy. Pierwszy raz było to jednak w czasach, kiedy o mieście nad Wisłą, przyszłej stolicy Polski, jeszcze nikt nawet nie myślał. Stało się to bowiem 4 września 1187 roku, gdy od roku księciem mazowieckim był zasiadający na tronie krakowskim książę senior Kazimierz Sprawiedliwy. A na miejscu naszego miasta szumiały radośnie drzewa nadwiślańskiej kniei. 

Dwa kolejne znaki „gniewu Bożego”, jak wierzyli ówcześni, miały miejsce za panowania Władysława Jagiełły. Pierwszy zaskoczył warszawiaków 7 czerwca 1415 roku. Monarcha w tym czasie był w podróży na Litwę. Widać jednak nauka poszła w las, po chwilach grozy, Polacy dalej wiedli grzeszne życie, gdyż już 9 lat później, po raz kolejny, złowróżbny znak pojawił się na niebie a kraj pogrążył się na godzinę w ciemnościach. 

Niewiele dotarło do naszych czasów informacji na temat tych średniowiecznych zaćmień, podobnie jak i o pierwszym XIX-wiecznym, które miało miejsce, nomen omen, w dniu zatwierdzenia dekretu carskiego o utworzeniu w Warszawie obserwatorium astronomicznego przy istniejącym już od dwóch lat Uniwersytecie. Stało się to 19 listopada 1816 roku. Czasy to były burzliwe, inne sprawy widać zaprzątały redaktorskie głowy, bowiem na darmo szukać o tym doniesień choćby w „Gazecie Warszawskiej”. 

Inne zupełnie podejście mieli natomiast redaktorzy „Kuryera Warszawskiego” 35 lat później. 29 lipca 1851 roku ukazał się długi artykuł opisujący całkowite zaćmienie obserwowane na terenach polskich w przeddzień. 

„Owoż wszyscy żyjemy, a Kurjer chce być pierwszym w powitaniu szanownych Czytelników swoich i tych co obserwowali, i tych co nieobserwowali wczorajsze nadzwyczajne zjawisko całkowitego zaćmienia Słońca! Zanim wszakże otrzymamy mające nam wkrótce udzielić się pod względem czysto astronomicznym przez W. Baranowskiego, Dyrektora Obserwatorjum Warszawskiego spostrzeżenia, pospieszamy z skreśleniem szczegółowych wrażeń, jakie dzień ten i chwila zaćmienia wyryła w naszej pamięci”. 

Po tym wstępie nastąpił szczegółowy, długi na dwie szpalty, opis zjawiska, które rozpoczęło się o godz. 15.44. Redaktorzy, dla podkreślenia dramaturgii wydarzenia, podawali w opisie nie tylko czas sukcesywnego zakrywania tarczy słonecznej, ale nawet dokładne godziny, kiedy to chmury przysłaniały całkowicie widok. Będzie zatem widać to zaćmienie czy też nie? Na szczęście były to tylko kilkuminutowe przerwy w obserwacji zjawiska, którego moment kulminacyjny nastąpił o 16.46: „Znikło Słońce, i ciemność ogarnęła ziemię. Na niebie czarna pozostała plama, czyli Xiężyc, wokoło któ­rego roztoczył się jasny wieniec, inaczej mówiąc ko­rona. Była to chwila szczególnie poważna, niektóre z ptaków, jak wróbel i ziemba, odezwały się w Ogro­dzie Botanicznym, jakby w porze rannej gdy zaczynają świergotać. […] Noc ta trwała minutę i sekund 40. Lecz najpiękniejszą z całego widoku, była owa chwila, kiedy punkcik różowy zajaśniał na spodzie ciemnego Xiężyca. Punkt ten, obserwowany przez teleskop, przedstawiał kilkocalową różę, cudownego koloru. W oka mgnieniu punkcik się zwiększył, światło różowe zmieniło się w jasne, a Słońce zaczęło majestatycznie z poza Xiężyca wysuwać się na niebo. To ukazanie się jego po chwilowej nory, powszechny podziw i radość wzbudziło. Tym samym porządkiem jak poprzednio gasło, tak teraz nawzajem rozjaśniało blask swój, termometr zaczął się podnosić, kwiaty i rośliny poczęły się otwierać, a ponad kopułą Obserwatorjum przeciągnęły bociany, jak to czynią nad rankiem, udając się za żerem. Wraz z całą naturą ożywiło się wszystko, a opustoszone poprzednio ulice, zapełniły się tłumnie. O godz: 5 min: 43 już Xiężyc w całości odsłonił nam Słońce”. 

Jak donosił w tym samym artykule redaktor Kuriera, przez cały czas trwania zaćmienia, Karol Beyer, jeden z pionierów warszawskiej fotografii „zajmował się zdejmowaniem tych wszystkich obrazów Słoń­ca. Na jednym z tych dagereotypów dostrzeżono plamę jaka miała znajdować się na Słońcu, jakoż zwrócono uwagę, i rzeczywiście dostrzeżono ją przez teleskop z Obserwatorjum”.

A kiedy następnym razem Księżyc znowu całkiem zasłoni Słońce przed wzrokiem mieszkańców stolicy? Cóż, nie zobaczą tego ani nasze dzieci, ani nasze wnuki, ani prawnuki. Zdarzy się to ponoć dopiero za… 660 lat.
Fot. Luc Viatour / https://Lucnix.be; licencja publiczna
Andrzej Papliński
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 356740