DO TRZECH RAZY SZTUKA?

Kiedy wieczorem 19 sierpnia 1829 roku, Fryderyk zabierał się za pisanie listu do rodziny, w którym opisywać miał wrażenia po drugim swoim występie, danym dnia poprzedniego, w wiedeńskiej sali Kaerntnertortheater targały nim sprzeczne uczucia. Z jednej strony czuł ogromną radość po wielkim, jak się okazało sukcesie, z drugiej jednak pozostał niesmak pewnej rozmowy odbytej po koncercie. Na tyle silny, że w zawoalowany sposób wyraził go w swoim liście.

Wczoraj Schupantzig wspomniał, że kiedy tak prędko Wiedeń opuszczam, to powinienem wkrótce wrócić. Odpowiedziałem, że przyjadę się uczyć, na to ów baron wtrącił, iż w takim razie nie mam po co przyjeżdżać, a co zostało innymi głosami potwierdzone. Są to komplimenta, ale pocieszające. Nikt mnie za ucznia tu brać nie chce. Blachetka powiedział, że się niczemu tyle nie dziwi, jak że ja się w Warszawie tego nauczyłem. Odpowiedziałem, iż z panem Żywnym i Elsnerem największy osioł by się nauczył”.

Wydawałoby się, że nic w tych słowach nie ma szczególnego, że świadczą po prostu o skromności Fryderyka, a jednak… Wrócimy jeszcze do tego fragmentu za chwilę.

Odsłona pierwsza

Jest rok 1816. Już ponad dwadzieścia lat minęło od czasu, gdy Wojciech Żywny opuścił dwór marszałka Kazimierza Nestora Sapiehy w Dereczynie i przeniósł się do Warszawy, by zarabiać na życie jako nauczyciel muzyki. Dziwak, zawsze pachnący tabaką, ubrany w kamizelkę uszytą z królewskich „pluderków” nabytych na aukcji przedmiotów należących ongiś do Stanisława Augusta. Sześćdziesięcioletni staruszek w wiecznie przekrzywionej peruce, z którego podśmiewali się uczniowie i którego jeden z nich, Eustachy Marylski, określił nawet jako „jednego z najpośledniejszych nauczycieli muzyki w Warszawie”. Ponieważ jednak sam Marylski orłem na lekcjach raczej nie bywał, trudno uznać jego opinię za wiarygodną. I to temu właśnie „wirtuozowi”… skrzypiec powierzył Mikołaj Chopin swojego utalentowanego, sześcioletniego malca. Strzał okazał się jednak w dziesiątkę. Żywny przekonawszy się o niezwykłym talencie chłopca nie katował go nieustannymi ćwiczeniami i „palcówkami”. Dzięki temu Fryderyk wykształcił swój własny sposób grania, który później zadziwiał i zachwycał słuchaczy. Żywny instynktownie ograniczył się do przekazania mu najważniejszych elementów podstaw gry na fortepianie, a później zaszczepił w nim miłość do muzyki, do ukochanej trójki: Bacha, Haydna i Mozarta. Po sześciu latach tej wspólnej przygody muzycznej, nauczyciel stwierdził, że już nic nie może dać swojemu uczniowi i regularne lekcje zostały przerwane. Nie zostały natomiast zerwane stosunki między uczniem i jego profesorem. Żywny często odwiedzając salon państwa Chopinów został przyjacielem domu, a kompozytor, do końca życia, we wszystkich swoich listach pisanych do rodziny w Warszawie kazał serdecznie go pozdrawiać.

Odsłona druga

Rok 1826. W Warszawie zmarł Stanisław Staszic, pisarz i uczony, autor „Przestróg dla Polski” i jeden z twórców Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Od 10 lat istniał Uniwersytet Warszawski, w gospodarce pojawiły się nowe trendy, w przemyśle powoli nastawał czas pary, działała giełda. Miasto rozwijało się w szybkim tempie.

We wrześniu szesnastoletni Fryderyk rozpoczyna swoje trzyletnie studia w Szkole Głównej Muzyki. Pod kierunkiem samego dyrektora, Józefa Elsnera, przyjaciela rodziny Chopinów, poznaje zasady kompozycji i kontrapunktu. Nie jest związany sztywno rozkładem lekcji. Ze wspomnień przyjaciół Chopina wyłania się obraz zajęć odbywających się znacznie częściej w mieszkaniu dyrektora niż w siedzibie szkoły. Elsner, który dawno poznał się na talencie chłopca, występował wobec niego w roli bardziej muzycznego mentora, niż srogiego profesora, który za swój cel uznaje zrealizowanie co do joty szkolnego programu. Przekazując mu konieczne podstawy teoretyczne i techniczne, pozwalał jednocześnie na swobodny rozwój jego naturalnych zdolności. I tę rolę mentora Józef Elsner odgrywał do końca życia kompozytora. Fryderyk, przed podjęciem ważnych decyzji życiowych, przede wszystkim związanych z jego karierą muzyczną, radził się ojca i swojego dawnego nauczyciela.

Odsłona trzecia

Lato roku 1829. Wracamy do stolicy Austrii. W trakcie prywatnej wycieczki do tego miasta, Fryderyk dał dwa koncerty we wspomnianej już wyżej sali Kaerntnertortheater. Stało się to prawdopodobnie za namową Wilhelma Würfla, który osobiście stanął za pulpitem dyrygenckim. Był to nie tylko pierwszy z prawdziwego zdarzenia występ 19-letniego Fryderyka przed publicznością (w Warszawie grał tylko przed gronem przyjaciół i znajomych, oraz w salonach rodzimej arystokracji), ale również debiut kompozytorski, bowiem podczas koncertu zaprezentował swoje Wariacje op. 2 oraz Krakowiaka op. 14. Pokłosiem tego wieczoru była recenzja, która ukazała się we wrześniu w lipskim „Allgemeine Musikalische Zeitung”. Jego wiedeński korespondent napisał: „Pan Chopin, pianista z Warszawy, jak się dowiadujemy – uczeń Würfla, dał się poznać jako mistrz pierwszej rangi. Nadzwyczajna delikatność jego uderzenia, nieopisana sprawność techniczna, […], niepoprzedzany fanfarami, zjawia się jako jeden z najjaśniejszych świecących meteorów na muzycznym horyzoncie”. Zaraz, zaraz… Uczeń Würfla?

Żywny, Elsner. W każdej biografii znajdziemy te nazwiska, ale Würfel? Uczył Fryderyka gry na organach, dzięki czemu mógł on napisać w 1825 roku w liście do Jasia Białobłockiego: „Zostałem Organistą Licejskim. Moja żona zatem, jako też i wszystkie dzieci, z dwóch przyczyn szanować mie muszą. - Ha, Mości Panie Dobrodzieju. Co to ze mnie za głowa! Pierwsza osoba w całym Liceum po X. Proboszczu! Gram co tydzień, w Niedziele, u Wizytek na organach, a reszta śpiewa”. Nikt jednak nigdy, nie zająknął się nawet o tym, by miał Würfel uczyć Fryderyka gry na fortepianie. Sam kompozytor w zacytowanym wcześniej liście również wspomina tylko tych dwóch: Żywny i Elsner. Skąd zatem to dziennikarskie stwierdzenie?

Z jednej strony, mógł to być po prostu komplement i ukłon w stronę Chopina. Würfel był znany i doceniany w austriackiej stolicy, kierował orkiestrą Kaerntnertortheater. Podkreślenie zatem, iż Fryderyk, który zaprezentował się jako wspaniały pianista był jego uczniem stawiało go znacznie wyżej, niż innych debiutantów na tej scenie. Gdy tymczasem stwierdzenie, że był uczniem jakiegoś… skrzypka Żywnego, czy spolszczonego Niemca Elsnera… Kto o nich wie nad błękitnym Dunajem? I to dlatego poruszony w swoim patriotyzmie Fryderyk odpowiadając Josefowi Blahetce podkreślił tak mocno rolę swoich warszawskich nauczycieli. Dwóch! Żywnego i Elsnera. Nie była to skromność z jego strony. Raczej złość na lekceważenie rodzinnego miasta.

Czy jednak, jak to mawiają mądrzy ludzie, był w tym komplemencie jakiś ślad chociaż prawdy? Würfel zawitał do Warszawy, gdy Fryderyk miał 5 lat. Jako profesor klasy fortepianu i organów w Konserwatorium należał do kręgu znajomych, a z czasem i przyjaciół Mikołaja Chopina. Z korespondencji oraz wspomnień znajomych Fryderyka wiemy, iż żywo interesował się rozwojem talentu chłopca. Trudno zatem sobie wyobrazić, że gdy Żywny doszedł do wniosku, iż nic już swojemu uczniowi przekazać nie zdoła, Würfel obserwował dalsze życie Fryderyka z założonymi rękami. Wydaje się raczej oczywistym, że ich kontakty nie ograniczały się do lekcji gry na organach. Tylko on w Warszawie mógł wprowadzić Frycka w świat nowoczesnej muzyki fortepianowej i stylu brillant. Tylko Würfel mógł przygotować Fryderyka do kariery pianistycznej, w której stał się on groźnym konkurentem dla takich sław jak Kalkbrenner, Thalbert czy Liszt. Jako samouk nigdy by tego nie dokonał.

Czemu zatem milczą o tej roli Würfla biografowie? Być może z dwóch powodów. Po pierwsze, nie były to regularne lekcje. Raczej konsultacje, rozmowy, dyskusje i ćwiczenia podczas prywatnych spotkań. Drugi natomiast powód mógł być ideologiczny. Przez cały XIX wiek podkreślany był samorodny talent Fryderyka Chopina, a rolę jego nauczycieli, Żywnego, ale także i Elsnera, pomniejszano. Dobrze, że nie przeszkadzali. Takie było bowiem zapotrzebowanie epoki. Jak napisał prof. Tadeusz Zieliński: „Dziewiętnastowieczni autorzy i informująca ich rodzina nie byli zainteresowani, by skrupulatnie odnotowywać także i takie przejawy edukacji: tamta epoka wymagała mitu o samorodnym formowaniu się geniuszu, posłusznego tylko natchnieniu niebios”.

W XXI wieku, może warto byłoby jednak, chociaż od czasu do czasu, wspomnieć także o tym trzecim, niedocenionym nauczycielu młodego Fryderyka Chopina, Wacławie Würflu.
Andrzej Papliński
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 354832