KOCHAŃSKI - ZAPOMNIANY GENIUSZ

W roku 1678 w Warszawie, na dworze królewskim pojawił się nowy nauczyciel królewicza Jakuba. Nauczyciel, na jakiego mogła sobie pozwolić tylko rodzina monarsza. Mowa bowiem o znanym w całej Europie uczonym, Adamie Kochańskim. Chcąc zaś w pełni wykorzystać jego wiedzę, Jan III mianował go z czasem także nadwornym matematykiem, zegarmistrzem, bibliotekarzem i kapelanem, jako że Kochański był członkiem zakonu jezuitów.

Nie wiemy, gdzie dokładnie urodził się Adam Kochański. Stało się to gdzieś w ziemi dobrzyńskiej 5 sierpnia 1631 roku, w rodzinie szlacheckiej. Początkowo kształcił się w Toruniu, a potem przeniósł się do Wilna. Tu wstąpił do zakonu jezuitów. Po dwuletnim nowicjacie przy kościele św. Ignacego, rozpoczął w roku 1654 studia filozoficzne w tamtejszej Akademii. Wówczas też ujawnił się talent matematyczny młodego studenta. Uciekłszy z Wilna przed wojskami cara Aleksego, które zajęły to miasto w sierpniu 1655 roku, w czasie wojny polsko-rosyjskiej, znalazł się w Würzburgu, gdzie poznał Gaspara Schotta. Ten profesor matematyki, który sam nie dokonał wielkich odkryć, był znakomitym propagatorem osiągnięć innych uczonych: matematyków, fizyków czy konstruktorów. Miał on dostrzec w Kochańskim genialnego matematyka, który zrewolucjonizuje naukę. Zainteresowania tego ostatniego były jednak zbyt szerokie, aby mógł się poświęcić wyłącznie liczbom. 

Tymczasem został wykładowcą właśnie matematyki na uniwersytecie w Moguncji. Wykłady prowadził tam od roku 1657 do 1664. W międzyczasie ukończył też teologię i w roku 1660 przyjął święcenia kapłańskie. W 1665 roku spotkamy go w Bambergu, a niedługo potem we Florencji, gdzie doradzał Medyceuszom. Po trzech latach przenosi się do Czech. Wykłada na uniwersytecie w Pradze, potem w Ołomuńcu i trafia do Wrocławia, gdzie wykłada w kolegium jezuickim oraz, wypełniając posługę kapłańską, „spowiada w narodowym języku”. 

Przez cały ten czas prowadzi ożywioną korespondencję z wybitnymi uczonymi europejskimi, m.in. z Leibnizem, Heweliuszem, Kircherem i, oczywiście, wspomnianym już Schottem. Dzięki niej był „na bieżąco” z wszelkimi nowinkami naukowymi. Badacze nauki, którzy bliżej przyjrzeli się biografii Kochańskiego, zgodnie przyznają, że był wówczas jedynym Polakiem znającym rachunek różniczkowy, który poznał dzięki Leibnizowi. Taka wymiana myśli była dla niego również zachętą do podejmowania się zadań z najprzeróżniejszych dziedzin nauki. W zakresie matematyki pozostawił po sobie „konstrukcję Kochańskiego”, która umożliwia w prosty sposób wykreślenie odcinka o długości równej połowie obwodu danego okręgu. Ale szczególnie bliskie były jego sercu mechanizmy zegarowe. Jego „Mirabilia Chronometrica wydane w 1664 roku uważa się za pierwszy w Europie podręcznik zegarmistrzostwa. W tej dziedzinie był Kochański nie tylko teoretykiem, ale i praktykiem, a nawet wynalazcą. To on, w zakresie częstotliwości wahań oscylatorów zegarowych zaproponował przyjęcie 2 lub 3 wahnięć na sekundę (czyli 7200 lub 10800 wahnięć na godzinę); wcześniej zegarmistrzowie przyjmowali częstotliwości w sposób całkowicie przypadkowy. Przyjęte przez niego liczby zębów kół zębatych w opisanych w jego książce przekładniach zegarowych w zasadzie odpowiadają liczbom stosowanym współcześnie w zegarach mechanicznych i elektromechanicznych. Opracował też nowy, nieznany dotąd regulator do zegara, tzw. wahacz magnetyczny. W roku zaś 1687 zaproponował zawieszenie wahadła na zawieszce sprężystej wykonanej ze stali (jest to rozwiązanie stosowane do dzisiaj) oraz opisał balans ze stalową sprężyną włosową. Fascynował go także problem zegara wahadłowego, dzięki któremu można by określać długość geograficzną podczas podróży morskich. Jednak na rozwiązanie tego problemu trzeba było jeszcze poczekać. Podobnie porażką zakończyły się próby skonstruowania perpetuum mobile. Zajmował się tym tuż przed śmiercią. Zmarł w Cieplicach, dokąd udał się na kurację, 17 maja 1700 roku. 

Pamiątką po Adamie Kochańskim i jego wiedzy, którą możemy wszyscy podziwiać, jest zegar słoneczny umieszczony na ścianie południowej pałacu w Wilanowie. Zegar to niezwykły, bowiem precyzję łączy z pięknem. Są to w zasadzie trzy niezależne od siebie zegary. Nad wszystkimi góruje bóg czasu Saturn trzymający w jednej ręce kosę (symbol upływającego czasu i kresu ludzkiego życia), w drugiej zaś pióro będący wskazówką środkowego zegara, tego, który wskazuje mijające godziny. Po bokach jego tarczy umieszczone są znaki zodiaku, u dołu zaś symbole kolejnych dni tygodnia. Polak znający łacinę łatwo zrozumie ich sens. Podobnie jak Francuz, Hiszpan czy Włoch. W tych bowiem językach dni tygodnia pochodzą właśnie od imion rzymskich bogów: Luny, Marsa, Merkurego, Jowisza, Wenery, Saturna. Mała zaś tarcza słoneczna umieszczona u góry, tuż pod piórem, to symbol niedzieli. 

Zegar włoski, czyli tarcza z lewej strony ma pokazywać, ile godzin minęło od ostatniego zachodu słońca. Prawa tarcza (zegar typu babilońskiego) pokazuje, ile ich już upłynęło od wschodu słońca. Trzy dzwonki u dołu każdej z nich są symbolem porannych, południowych i wieczornych dzwonów kościelnych, które regulowały rytm ówczesnego życia. 

Andrzej Papliński

17 maja 2020 roku
Fot. Andrzej Papliński
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 359910