MROCZNA STRONA MIASTA

Niedawno postanowiliśmy się wybrać na przedstawienie burleskowe do jednego z warszawskich klubów. 

Burleska narodziła się pod koniec XIX wieku w Paryżu, pod dachami takich kabaretów rewiowych jak Moulin Rouge czy Folies Bergère, które swoim widzom proponowały lżejszy repertuar, podczas którego ubrane w cekinowe suknie, brokat i pióra tancerki rozpalały do czerwoności zmysły męskiej części Paryża. Swój szczyt popularności osiągnęła w latach 40. i 50. ubiegłego wieku w początkach rewolucji obyczajowej, rock and rolla i pin up girls. Niestety, rosnąca popularność telewizji oraz banalizacja erotyzmu (wynikająca z faktu zalegalizowania nagości w Stanach Zjednoczonych) położyły kres burlesce w latach 70. XX wieku. Przez, bez mała 20 lat, pozostawała ona w cieniu po to, by z wielkim hukiem powrócić w latach 90., dzięki takim artystkom jak Dita von Teeseczy czy Dirty Martini, których występy przyciągają rzesze fanów. Za tym modnym trendem próbuje nadążyć nasza rodzima scena i jak na razie nie wychodzi nam to zbyt dobrze. Daleko nam do burleskowych kabaretów Paryża, takich jak np. „Les petites poules” czy „Le Cabaret Burlesque” i performerów oraz performerek tam występujących, choć trzeba przyznać, że są artyści, którzy robią, co mogą, żeby spopularyzować tą formę rozrywki w naszym kraju. Jedną z nich jest Pin up Candy, czyli Katarzyna Kraszewska, która jest prekursorką tego gatunku w Polsce. To na jej m.in. występ wybraliśmy się do klubu „Voo Doo”, który mieści się w ocalałych przedwojennych budynkach biurowych fabryki Lilpop, Rau i Loewenstein na Woli. Salka, w której oglądaliśmy występy burleskowych artystów, ma industrialny klimat. Surowe ceglane ściany, proste stoliki, nieduża scena, intymne światło, sączące się właściwie nie wiadomo skąd, przywodzą na myśl filmy Pedro Almodóvara. Gospodynią wieczoru była jedna z najbardziej znanych polskich Drag Queen — Kim Lee, czyli Andy Nguyena, Polak wietnamskiego pochodzenia, który na początku lat 90. XX wieku przyjechał do naszego kraju studiować fizykę jądrową. 

Spotkanie składało się z dwóch 45-minutowych części podzielonych 20-minutową przerwą i zaczęło się od występu artystki o pseudonimie — Bunny de Lish. Prezentowała ona po raz pierwszy numer inspirowany kartą tarota o nazwie dwa kielichy, która wyciągnięta podczas seansu magicznego zapowiada szczęśliwy związek oparty na równości. Numer, jak zdradziła Kim Lee przed występem performerki, miał również nawiązywać do obrzędów pradawnych Słowian związanych z letnim przesileniem, czyli z Nocą Kupały, które było świętem miłości i radości. Ważną rolę w burleskowych numerach, odgrywają rekwizyty. W tym numerze były to dwa puchary i latarenka z zapaloną świeczką. Pamiętamy - burleska, choć wiąże się z pokazywaniem ciała, nie jest striptizem. Wykorzystywanie w numerach odsłoniętych, intymnych części ciała np. bikini, jest wręcz zakazane, a dobrze odegrany numer nie przekracza granic dobrego smaku. Ciało w burlesce jest rekwizytem dokładnie takim samym jak te, które leżą obok performerów na scenie i to odróżnia dobre pokazy od złych. W tym przypadku granica nie została przekroczona, a artystka została nagrodzona oklaskami. Niestety, nie można tego samego powiedzieć o kolejnym występującym, którym był performer o pseudonimie Pony Boy. Numer inspirowany kultową grą Mario Bros oraz historią pewnego polskiego hydraulika w Anglii był na bardzo niskim poziomie. Jeśli chcecie państwo poczuć klimat szemranych nocnych klubów londyńskiego Soho, to zapraszamy. 

Kolejny numer, zdecydowanie najlepszy, został wykonany przez królową polskiej burleski – Pin up Candy, i to właśnie na jej występ najbardziej czekaliśmy. Artystka jest przedstawicielką tradycyjnego nurtu burleski, który nawiązuje do performerek występujących w latach 40. i 50., kiedy to na ulicach królował styl pin up, charakteryzujący się dopasowanymi rozkloszowanymi spódnicami, gorsetami, skąpymi bluzkami i krótkimi podkreślającymi figurę szortami. Numer wykonywany do piosenki Somethin' Stupid śpiewany w duecie przez Robbiego Williamsa i Nicole Kidman, inspirowany był amerykańskimi reklamami wzorowej pani domu. Rekwizyty to kuchenne rękawice, shaker do robienia drinków, kieliszek martini, lizak oraz dwa duże, uszyte ze strusich piór wachlarze. Artystka bardzo fajnie nawiązywała kontakt z publicznością, obdarowując ją raz lizakiem, a raz drinkiem, a swoje podarunki kierowała przede wszystkim do damskiej części widowni. I tu dochodzimy do kolejnej sprawy związanej ze współczesną burleską. W XXI wieku na tego typu spotkania chodzą przede wszystkim kobiety. Współczesna burleska walczy z terrorem szczupłego ciała, uczy jego świadomości i pokazuje, że jest po prostu piękne, bez względu na rozmiar. Jedyny warunek, jaki stawia się burleskowym artystkom to wdzięk, dobry smak i profesjonalizm. W tym sensie burleska jest pokazem kobiecej siły i jest odpowiedzią na świat, w którym liczą się jedynie idealne ciała. 

Pierwsza część zakończyła się 20-minutową przerwą, podczas której można było napić się drinka w dobrze zaopatrzonym barze klubu, po to, by powrócić na salę i obejrzeć część drugą, podczas której ponownie spotkaliśmy się z Bunny de Lish, Pony Boy'em i Pin Up Candy. I tym razem najsłabszym ogniwem wieczoru okazał się Pony Boy. Najlepszy występ należał do Pin Up Candy, która tym razem zaprezentowała mroczną wersję swojej osobowości. 

Magdalena Kuc 

6 czerwca 2020 roku
Fot. Magdalena Kuc
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 359169