NIE MA TAKIEJ RURY, KTÓREJ NIE MOŻNA ODETKAĆ

Ale lało. Prawie codziennie. W niektóre dni, ulewy powodowały szczególnie spektakularne zjawiska. Niektóre ulice Warszawy zamieniły się w rzeki, a studzienki kanalizacyjne w gejzery. Wszystko było zalane. Podczas burzliwych dyskusji słowo "kanalizacja" nie schodziło z ust polityków i zwykłych warszawiaków. 

A jak to się w Warszawie zaczęło . . .
Pierwotnie w grodach były zbiorowe latryny. Potem, ci których było stać na służbę, zaczęli korzystać z nocników. Z jednej strony to dobrze, bo nieco mniej mieszkańców załatwiało potrzeby fizjologiczne w przypadkowych miejscach. Jednak z zawartością zapełnionego nocnika trzeba było coś zrobić. Chlust przez okno - tak to najczęściej wyglądało. Nie raz ekskrementy lądowały na głowie przechodnia, nawet jeśli krzyczał „Idzie się !” Dla umożliwienia spływania wszelkich nieczystości zaczęto budować - szumnie mówiąc - kanalizację otwartą, czyli po prostu rynsztoki. Przy niektórych ulicach były one tak szerokie i głębokie, że przed bramami kamienic przerzucano nad nimi mostki. Niejednokrotnie zdarzało się też utonięcie w rynsztoku obywatela „pod wpływem” lub co gorsza - dziecka. Toteż stolica nazywana była często gnojną Warszawą, ze względu na wszechobecne na ulicach i podwórzach kupy gnoju i nieczystości. 

Z rynsztoków ścieki wpadały do nielicznych krytych kanałów odpływowych. Były one zwykle wykonane z drewna. A więc gniły, zapadały się i przeważnie były zapchane. Ścieki na koniec trafiały do Wisły. Oczywiście bez żadnego oczyszczania. Zaś istniejący w 1. poł. XIX w. wodociąg miejski Marconiego pobierał wodę z rzeki w pobliżu miejsca wypływu nieczystości z kanałów miejskich. 

Do gromadzenia ekskrementów na posesjach wykorzystywane były beczki lub wykopane w kącie śmieciowe doły i jamy kloaczne. Ich zawartość usuwały ekipy wyposażone w beczkowozy. Odbywało się to nieregularnie i nierzetelnie. W mieście, właściwie na stałe, panował wszechobecny smród. Jednak w sposób najbardziej dokuczliwy rozchodził się po kamienicy wtedy, gdy na podwórko przybywała taka ekipa z beczkowozem. Latem trzeba było szczelnie zamykać wszystkie okna w mieszkaniach. Niektórzy mieszkańcy, żeby nie wpuścić morowych wyziewów do domu, ryglowali okna na stałe. Wszelkie nieczystości wywożono przez miasto albo bezpośrednio do Wisły, albo poza miejskie granice, dla użyźnienia ziemi uprawnej ludzkimi odchodami. 

Wraz ze wzrostem liczby mieszkańców dotychczasowe sposoby pozbywania się nieczystości z miast stawały się coraz bardziej anachroniczne i niewydolne. Cierpiał na tym przede wszystkim stan zdrowia ludności miejskiej, a każdy gwałtowny deszcz zalewał ulice i wyrządzał ogromne szkody. Władze większych miast europejskich zaczęły skłaniać się ku bardziej planowym i kompleksowym rozwiązaniom systemów kanalizacji. Pierwszy był Hamburg, dla którego w 1843 roku sieci wodociągową i kanalizacyjną zaprojektował oraz prowadził ich budowę angielski inżynier William Lindley. 

W połowie XIX wieku także stan sanitarny Warszawy był w głębokiej zapaści, w zastraszającym tempie rosła śmiertelność. Rozwiązanie mogło być tylko jedno - sieć wodociągowa i kanalizacyjna z prawdziwego zdarzenia. Takie opracowanie dla naszej stolicy, również autorstwa inżyniera Williama Lindleya, powstało w 1876 roku. Wcześniej, w 1875 roku delegacja polskich inżynierów udała się do Anglii, aby spotkać się tam z tuzami europejskiej techniki: sir Williamem Lindleyem i jego najstarszym synem Williamem Heerleinem. Pomysł zatrudnienia najwybitniejszych specjalistów na szczęście podchwycił nowo mianowany prezydent miasta, Rosjanin Sokrates Starynkiewicz. Nie pochodził on z wyboru. Został niejako przyniesiony w "teczce" przez namiestnika Królestwa Polskiego, ale szybko jako prezydent okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Dzięki determinacji tego, jakby nie było, przedstawiciela caratu, projekt nowego wodociągu i sieci kanalizacyjnej otrzymał najwyższy priorytet. W 1876 roku podpisano umowę i Lindleyowie dokonali wstępnych pomiarów topograficznych terenu miasta. W 1878 roku angielscy inżynierowie zaprezentowali nowoczesny, obliczony na lata projekt sieci wodociągowej i kanalizacyjnej. Zanim przystąpiono do jego realizacji, Starynkiewicz poddał projekt (przetłumaczony na język polski) swego rodzaju konsultacjom społecznym na łamach prasy. Było to absolutnie nowoczesne i prekursorskie podejście. Wydawać by się mogło, że ogłoszenie planów rozbudowy sieci wodociągowej i skanalizowania miasta powinno cieszyć się powszechnym uznaniem. Owszem, niektórzy, jak Bolesław Prus, byli zachwyceni. Jednak ogólnie wywołało to popłoch i wręcz histeryczną krytykę, zwłaszcza wśród właścicieli kamienic. Jedną z przyczyn niespodziewanej burzy protestów były niewątpliwie koszty tej najważniejszej inwestycji miejskiej. Wynikały one z tego, że projekt sieci zakładał wykorzystanie najlepszych materiałów. Przy budowie zastosowano najnowocześniejsze ówczesne rozwiązania techniczne. Dopracowano wszelkie szczegóły. Przy budowie nawet najmniejszych obiektów użyto materiałów najwyższej jakości, które poddawano kilkustopniowej kontroli. A więc kosztorys opiewał na bajońską sumę. A kasa miejska świeciła pustkami. Jednak udało się uruchomić kredyt budowlany z funduszy Królestwa Polskiego. Pozostałą kwotę zabezpieczały obligacje miejskie. 

Totalna krytyka budowy miejskiej kanalizacji jednak nie milkła. Za przykład dawano Francję, której mimo cywilizacji na wysokim poziomie, nie stać było na taką "higieniczną ROZPUSTĘ". TFU ! Lindleyów posądzano o szarlatanerię. Wszak potrzeba higieny w owym czasie często spotykała się z pewnym sceptycyzmem. 

Oprócz pokonania sprzeciwów społeczeństwa polskiego, Starynkiewicz musiał przekonać do projektu władzę carską. Negocjacje co do takiego przedsięwzięcia dla prowincjonalnego miasta w Kraju Przywiślańskim trwały dwa lata. Decyzję cara paradoksalnie przyspieszył opór warszawskich kamieniczników oraz epidemia dżumy, która jak na zamówienie wybuchła w astrachańskiej guberni, co wywołało przerażenie w całej Europie. Zwierzchnicy Starynkiewicza ostatecznie poparli jego projekt kolosalnej inwestycji dla Warszawy. 

William Heerlein Lindley z córką Julią i bratem Josephem na budowie kanału burzowego pod ul. Karową
domena publiczna

Miejscowi przeciwnicy wciąż jednak wysuwali absurdalne, z obecnego punktu widzenia, argumenty przeciwko tej niezbędnej inwestycji. Wrogowie kanalizacji mieli możnych protektorów i byli świetnie zorganizowani. Powstała też doskonała okazja do zaistnienia dla różnych mocno zacietrzewionych demagogów. Ukazał się między innymi wielostronicowy paszkwil w postaci poematu napisanego rymami częstochowskimi. Absolutną rewelacją była natomiast opublikowana w 1900 roku broszura pt. „Kanalizacja miasta Warszawy jako narzędzie judaizmu i szarlatanerii w celu zniszczenia rolnictwa polskiego oraz wytępienia ludności słowiańskiej nad Wisłą”. Autorem był niejaki F. R. „Rolnik Nadwiślański”, który dzięki swej przenikliwości i zdolności przewidywania przejrzał na wylot niecne zamiary inżynierów. Odkrył on mianowicie, że Lindley bardziej niż Anglikiem jest Niemcem, i w dodatku przechrztą ! Zażarcie bronił też możności korzystania z tanich nawozów kloacznych pochodzenia ludzkiego przez gospodarzy i ogrodników podmiejskich. Toż wśród nawozu i siana powitano przyszłego Zbawiciela świata. Następnie F.R. sięgnął jeszcze głębiej w historię. „Racyonalnemu zużytkowaniu ekskrementów ludzkich w gospodarstwie wiejskiem Chiny i Japonia od 40-tu wieków, zawdzięczają swą kulturę utrwaloną. I gdzież tu przypuszczać istnienie mikrobów chorobotwórczych - chyba wymarzonych w pustych głowach pismaków brukowych w prasie na żołdzie żydowskim.” I tak w kółko na czterdziestu sześciu stronach. 

W 1883 roku Sokrates Starynkiewicz wmurował symboliczną pierwszą cegłę w nowym kanale. W ciągu kilku lat długość kanałów powiększyła się ze 177 metrów przed rozpoczęciem budowy, do prawie 43 kilometrów. Przed wybuchem Wielkiej Wojny, długość sieci kanalizacyjnej wyniosła ok. 200 kilometrów. Warszawa znalazła się tym samym w elitarnym gronie sześciu europejskich miast wyposażonych wówczas w nowoczesne wodociągi i kanalizację. 

Wiele elementów tego systemu sprzed ponad 130 lat doskonale funkcjonuje do dziś, tylko niektóre zostały zmodernizowane, niektóre rozbudowane. Oryginalne kanały zachowały się głównie w ścisłym śródmieściu Warszawy. Sieć kanalizacyjna będąca dziełem Lindleyów, to tzw. kanalizacja ogólnospławna. Oznacza to, że spływają do niej wszystkie rodzaje ścieków z obszaru miasta, również to, co spadnie w postaci deszczu. A więc ilość odprowadzanych ścieków jest bardzo różna zależnie od pogody. W związku z czym, na sieci kanalizacyjnej znajdują się urządzenia odciążające, czyli tzw. przelewy burzowe. W momencie napełnienia kolektora do wysokości powyżej krawędzi przelewu nadmiar ścieków odprowadzany jest wylotem bezpośrednio do koryta Wisły, z pominięciem oczyszczalni. Takie zrzuty są potrzebne, by chronić miasto oraz mieszkańców przed zalewiskami i podtopieniami.

Lindley zaprojektował kanały z ogromnym zapasem, można powiedzieć „na wyrost” uwzględniając rosnącą liczbę mieszkańców oraz intensywność deszczu, prawdopodobieństwo jego wystąpienia i rodzaj nawierzchni, z których spływa. Jednak takie deszcze jakie ostatnio padały codziennie, w czasach Lindleya zdarzały się może raz - nie na sto - ale na dwieście lat. Opady zarejestrowane w pamiętny poniedziałek, dochodziły do 53 litrów na m kw. (czyli ponad 5 cm słupa wody). W ciągu kilku godzin spadło tyle deszczu, ile średnio pada... przez cały lipiec. Był to opad klasyfikowany jako nawalny, rzadko występujący w Warszawie. Oczywiście można wybudować kanalizację, która - jak to się mówi - przejmie taką ilość deszczu, ale koszt sieci byłby niewyobrażalny, a rozmiary takie, że mogłoby zabraknąć miejsca dla tuneli metra. 

Warszawskie MPWiK zapowiada wdrożenie już wkrótce projektów uwzględniających ideę zatrzymania opadu jak najbliżej miejsca jego wystąpienia. Ma to być „samouczący się” system centralnego zarządzania siecią kanalizacji ogólnospławnej oraz budowa trzech ogromnych kolektorów tranzytowo-retencyjnych na deszczówkę o łącznej długości ponad 14 km. Na podstawie otrzymywanych radarowych prognoz pogody będzie można, nawet z około dwugodzinnym wyprzedzeniem, wskazać dokładnie miejsce i przewidzieć intensywność opadów. Następnie, w oparciu o te dane, system tak „pokieruje” pracą urządzeń i obiektów na sieci ogólnospławnej, aby jak najszybciej i najsprawniej zmagazynować wodę spływającą do kanalizacji z warszawskich ulic. Natomiast dzięki zwiększeniu pojemności sieci kanalizacyjnej, możliwe będzie retencjonowanie ścieków komunalnych i opadowych w czasie pogody bezdeszczowej  i podczas deszczu. Zapowiadane jest też oddanie do użytku jednego z największych w Europie zbiorników o pojemności ok. 80 tys. m³, zlokalizowanego na terenie oczyszczalni ścieków „Czajka”, którego zadaniem będzie odbiór nadmiaru wód opadowych, zgromadzonych wcześniej w kolektorach. 

Wielkim problemem jest też narastające uszczelnianie powierzchni na obszarach zurbanizowanych. Z tego powodu brakuje w miastach miejsc, gdzie woda może po prostu wsiąkać w glebę. Wiele miejsc, wcześniej zielonych lub choćby nieutwardzonych, zamienia się w zabetonowane i zaasfaltowane pustynie bez jednego żywego listka. 

A co my, zwykli warszawiacy możemy zrobić, żeby te problemy nie narastały… Możemy np. występować przeciw rozprzestrzeniającej się „betonozie kostkowej”, która w mieście towarzyszy zarówno tak modnym ostatnio, pełnym rozmachu rewitalizacjom, jak i najdrobniejszym remontom czy naprawom. 

Agnieszka Orlińska
 
8 lipca 2020 roku 
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 356840