PODPOWIADANKI DLA RODZICÓW:

FRYCEK NA COKOLE

Alejami Ujazdowskimi szliśmy w stronę głównej bramy parku łazienkowskiego. 
- No to dowiem się w końcu, dlaczego ten park ma taką głupią nazwę? – dopytywał się Poldek. 
- Może dziwną, ale nie głupią! – ripostowałem. – Dowiesz się, ale w trakcie spaceru, jak będziemy już u stóp skarpy. 
- A dlaczego nie teraz? – nie ustępował młody. 
- Bo tam znajdziemy coś, co nam to dokładnie wyjaśni. A tutaj nie ma nic związanego z nazwą. 

Znaleźliśmy się przed otwartą bramą i moje pierwsze spojrzenie skierowałem, jak zwykle, w stronę pomnika Chopina stojącego po drugiej stronie basenu. „Cześć Fryderyku!” – przywitałem się w myślach z największym polskim kompozytorem. W tym momencie usłyszeliśmy cichutką muzykę. Pierwsze takty Poloneza A-dur… Dzieci rozglądały się dokoła, szukając źródła muzyki. 
- To ta czarna ławeczka – powiedziałem. 
- Co ta czarna ławeczka? – nie zrozumiała Miśka. 
- Czarna ławeczka gra. 
- Już nie gra – poprawił mnie Poldek. 
- Bo ławeczki Chopina, a jest ich w mieście 15, grają króciutkie, kilkudziesięciosekundowe fragmenty różnych utworów Fryderyka. Każda inny. Tu można usłyszeć poloneza… 
- Polonez to był taki samochód, w skrócie nazywany Poldkiem – roześmiała się Miśka, a brat spojrzał na nią kosym okiem. 
- Nazwa samochodu wzięła się właśnie od nazwy starej melodii, a właściwie staropolskiego tańca, inaczej zwanego nie Poldkiem, tylko „chodzonym”. 
- Bo co, zamiast tańczyć, chodzili? – zdziwiła się Poldkowa bliźniaczka. 
- A żebyś wiedziała. Bo to jest taniec powolny, dostojny, dworski. A z kolei nazwa jego „polonez” pochodzi z języka francuskiego, bo Francuzi nazwali go tańcem polskim, a to po francusku „polonaise”. Pisze się wprawdzie inaczej niż w naszym języku, ale za to czyta się tak samo! Popatrzcie, tutaj jest przycisk „Play”. 

Rzucili się jednocześnie. Kto pierwszy naciśnie? Piłkarz Poldek miał lepszy start od gimnastyczki Miśki. I znowu zabrzmiały takty Poloneza A-dur op. 40 Nr 1, a mnie przypomniał się kilkusekundowy filmik na Youtubie z tymi kilkoma taktami, które były sygnałem pierwszych przedwojennych audycji polskiego radia. Nie, nie jestem taki stary, żeby je pamiętać, a jednak to krótkie „tam ta tam…” chwyta mnie za serce. 
- I to ten facet za basenem napisał? – upewniał się Poldek. 
- Tak. To pomnik upamiętniający naszego największego kompozytora i genialnego pianistę Fryderyka Chopina. 
- A pod czym on siedzi? – Miśka była równie ciekawa, jak jej brat. 
- Pod… moment. Usiądźcie na ławce, to wyjaśnię wam wszystko. 
- A krócej nie można, tylko na siedząco? 
- Lepiej usiądź, bo to długa i skomplikowana historia. 

Usiedli, bo cóż mieli robić? A ja zacząłem snuć moją opowieść. 
- Historia zaczęła się jeszcze w czasach, gdy Polski nie było, a w Warszawie rządzili przedstawiciele cara Rosji. Nie wolno było wówczas stawiać żadnych pomników, które przypominałyby Polakom, że należą do dzielnego narodu, który wydał na świat króla Sobieskiego, księcia Józefa Poniatowskiego czy generała Tadeusza Kościuszkę. Pod takimi pomnikami mogliby się przecież gromadzić nasi rodacy, mogliby demonstrować, to zaś mogłoby się skończyć zamieszkami na ulicach. Po co dawać Polakom pretekst, nie będzie żadnych pomników, to będzie spokój. 
- I co, był? – zapytał praktyczny Poldek. 
- Niezupełnie. Ale to inna historia. Wróćmy do naszego pomnika. Na początku XX wieku, w różnych miastach Europy, koncertowała śpiewaczka operowa Adelajda Bolska. Taki był jej pseudonim artystyczny, ale nazywała się naprawdę (tu zacząłem intensywnie grzebać w pamięci, żeby się nie skompromitować) Adelajda ze Skąpskich hrabina Dienheim – Brochocka. 
- Ty w pracy to wszystko musisz pamiętać? – spojrzał na mnie z podziwem Poldek. 
- No, jasne! – spojrzałem na niego poważnie, ale nie wytrzymałem długo i roześmiałem się. – Dużo się nauczyłem i zostało mi to w głowie, ale sporo szczegółów muszę sobie czasem przypomnieć przed wycieczką. Tak jak to nazwisko. Zupełnie nie wchodzi mi do głowy. Wczoraj wieczorem uczyłem się go na pamięć po raz stutysięczny już chyba. 
- No to się nauczyłeś – pochwaliła mnie Misia. 
- Ale ja nie mam złudzeń. Jak nie będę miał okazji go powtarzać często przed turystami, to niedługo znowu mi wyparuje z głowy. Ale wróćmy do naszej śpiewaczki. Pewnego wieczoru występowała w stolicy imperium przed samym carem Mikołajem II. Władca był tak zachwycony jej głosem i jej śpiewem, że powiedział po koncercie, iż chciałby jej w jakiś szczególny sposób podziękować. I żeby powiedziała, jakie ma życzenie, a on na pewno je spełni. I wówczas pani Bolska pomyślała o Fryderyku. „Sire, chciałabym, aby w Warszawie stanął pomnik”. Skrzywił się car, już wiecie dlaczego (pomniki, manifestacje, zamieszki). „Pewnie jakiegoś generała, pani rodaka?”. „Ależ nie, najjaśniejszy panie, chodzi mi o pomnik dla pianisty, kompozytora, Fryderyka Chopina”. „Chopin - szukał car w pamięci – Chopin.. To nie jest polskie nazwisko?”. „Nie, sire, to Francuz”. „Jak Francuz, to niech będzie!”. I w ten sposób, podstępem, pani Bolska uzyskała zgodę cara na budowę pomnika. 
- A to naprawdę tak się działo, jak opowiadasz? Taki głupi ten car był? – Poldek nie przebierał w słowach. 
- Zaraz głupi… A poza tym, może tak było, a może trochę inaczej. Najważniejsze, że zgoda cara była naprawdę udzielona. Władze rosyjskie w Warszawie oczywiście doskonale wiedziały, jaką rolę w życiu Polaków odgrywała muzyka Chopina przez cały XIX wiek. Tak jak literatura, jak książki na przykład Sienkiewicza, podnosiła nas na duchu, nie pozwalała zapomnieć o naszej przeszłości i dawała nadzieję na lepszą przyszłość. I dlatego, nie mogąc zabronić postawienia pomnika, warszawski, ale rosyjski, Ratusz piętrzył trudności w wykonaniu tego zamiaru. Podam wam jeden przykład. Nie wolno było zamieszczać w prasie żadnych ogłoszeń na temat zbiórki pieniędzy na realizację pomnika. Wszyscy dowiadywali się o tym tzw. „pocztą pantoflową”. Trwało to zatem bardzo długo zanim zebrano odpowiednie środki. Ale w końcu udało się przezwyciężyć wszystkie przeszkody. Ogłoszono konkurs na projekt pomnika i rozstrzygnięto go. Postanowiono zrealizować projekt rzeźbiarza Wacława Szymanowskiego. Kiedy jednak rzeźba miała być odlana w Paryżu wybuchła I wojna światowa. Były inne rzeczy dużo ważniejsze od pomnika. Wrócono zatem do jego realizacji już w niepodległej Polsce. I oto 24 listopada 1926 roku, dokładnie w południe, w obecności ówczesnego Prezydenta Rzeczypospolitej Ignacego Mościckiego, pomnik został odsłonięty. Popatrzcie, mam tutaj zdjęcie z tej ceremonii. 
- Fryderykowi chyba się nie podoba, bo odwraca głowę, chowa twarz przed ludźmi – krytycznie stwierdziła Misia. 
- Może masz rację, a może nie. Ale jest to dzieło sztuki, więc każdy może je oceniać według swojego gustu. Musicie jednak wiedzieć, że to co dzisiaj widzicie nie jest tym pomnikiem sprzed wojny. 
- Jak to, przecież jest taki sam jak na zdjęciu! 
- Bo jest to dokładna kopia, ale tylko kopia, która zastąpiła oryginał zniszczony przez hitlerowców 31 maja 1940 roku. Wydaje mi się, że był to pierwszy pomnik zniszczony z Warszawie podczas okupacji niemieckiej. Kompozytora, pianisty, a nie żadnego żołnierza czy generała. 
- Dlaczego go zniszczyli? 
- Dla tego samego powodu, dla którego Rosjanie nie chcieli, aby został postawiony. Ta muzyka, tak bliska naszemu sercu w czasach okupacji była zakazana. Nie wolno jej było grać w salach koncertowych, ani nawet w prywatnych domach. Miała być wymazana z naszej pamięci. Dlatego musiał zniknąć również pomnik jej twórcy. Jeden ze współczesnych mu muzyków Robert Schuman napisał kiedyś, że muzyka Fryderyka Chopina, to karabiny czy może działa kryjące się pośród kwiatów. 
- A co to za dziwaczne coś pod czym siedzi Chopin? 
- To drzewo. Znacie takie drzewo, które ma tak delikatne gałązki, że wydają się odlatywać razem z wiejącym wiatrem? 
- Wierzba – krzyknęli oboje naraz. 
- Tak, to wierzba płacząca, symbol Mazowsza. Rzeźbiarz posadził Fryderyka pod wierzbą, aby podkreślić wielką miłość kompozytora do jego rodzinnej krainy. Bo mimo iż ojciec Fryderyka był Francuzem, to sam kompozytor podkreślał zawsze, że jest Polakiem. Tak też o nim pisali jego przyjaciele w Paryżu, gdzie mieszkał przez drugą połowę swego życia. W jego listach też można znaleźć kilka fragmentów, w których pisze wyraźnie: „my, Polacy, oni, Francuzi”. Ale, ale, byłbym zapomniał o bardzo ważnej rzeczy. Przyjrzyjcie się uważnie kształtowi, jaki przybrały gałęzie tej wierzby. 
- Ręka? – to Misia. 
- Ptak? – to Poldek. 
- A może i jedno, i drugie? – pytając, zgodziłem się z obojgiem. – A jeśli ptak, to jaki? 

Zaczęli się przyglądać uważniej. 
- Jakby głowa… orła? 
- Właśnie. Powiedziałem wam, że projekt powstał za czasów carskich, gdy cenzura rosyjska bacznie pilnowała, co się pisze, maluje, rzeźbi. Tematy polskie były, jak to się mówi, na cenzurowanym. Dlatego rzeźbiarz przemycił myśl o naszej ojczyźnie pod postacią głowy czy dziobu orła. Bo przecież orzeł biały, to nasze godło narodowe. 

Obeszliśmy pomnik dookoła. W pewnym momencie orzeł zamienił nam się nawet w kobrę. Zaczęliśmy schodzić ze skarpy. 
- No więc, dowiem się w końcu dlaczego Łazienki? – usłyszałem głos Poldka. 

Upór i po prostu zwykła ciekawość? 

Andrzej Papliński 

18 września 2020 roku        
Grająca ławeczka Chopina,
fot. Andrzej Papliński
Muzyka groźna jak wąż
fot. Andrzej Papliński
Fryderyk i orzeł, 
fot. Andrzej Papliński
Ferenc Liszt, węgierski przyjaciel Fryderyka Chopina,
fot. Andrzej Papliński
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 354843