PODPOWIADANKI DLA RODZICÓW:

DLACZEGO NIE TUTAJ

Miałem już zamiar odejść od pomnika Fryderyka Chopina, ale Poldek zatrzymał mnie krótką uwagą. 
- A babcia mówiła, że zachowała się ze starego pomnika głowa. To ona – wskazał ją palcem – jest oryginalna? 
- Nie. Znam tę opowieść, że podobno na Dolnym Śląsku, w jakiejś fabryce znaleziono fragment warszawskiego pomnika. Widziałem nawet zdjęcia dwóch robotnic niosących na czymś w rodzaju noszy głowę Fryderyka. Ale spójrzcie na pomnik. Ma on prawie 7 metrów wysokości. Głowa liczy pewne metr albo więcej. Waży też z kilkaset kilogramów. Czy sadzicie, że dwie kobiety mogłyby unieść taką wielką i ciężką część pomnika? 
- Chyba nie – zgodziła się ze mną Misia. 
- Na pewno nie. Prawda jest taka, że we Wrocławiu odnaleziono głowę, ale dużo mniejszą i lżejszą, podarowaną przez rzeźbiarza Wacława Szymanowskiego jego siostrze. Ona również posłużyła do obliczeń przy robieniu kopii, która stanęła w parku. To znaczy głowa, nie siostra. Dlatego z całą pewnością w tym pomniku nie ma żadnej oryginalnej części. 
- Będziesz musiał to powtórzyć na niedzielnym obiedzie – zawyrokował Poldek. 
- Nie ma sprawy. Mam nadzieję, że babcia mi uwierzy. 

Poszliśmy dalej wśród starych drzew w kierunku kolejnego pomnika pewnego pana, który swoją twórczością też podtrzymywał rodaków na duchu w czasach, gdy Polski nie było. 
- Henryk Sienkiewicz – przeczytała Miśka. – Znam go. Czytaliśmy z mamą jego książkę. Coś z puszczą i pustynią… 
- „W pustyni i w puszczy” – poprawił ją Poldek i z politowaniem pokiwał głową. 
- A wiecie, że pan Sienkiewicz dostał literacką nagrodę Nobla? 
- A co to jest ta Nobla? 
- Nobel. Albert Nobel, wynalazca dynamitu, materiału wybuchowego. Kiedy zobaczył, że jego wynalazek służy nie tylko celom pokojowym, np. w górnictwie czy przy budowaniu dróg w górach, gdzie często trzeba wysadzać w powietrze skały, ale przede wszystkim na wojnie, niszcząc miasta i zabijając ludzi, postanowił złożyć w banku dużą sumę pieniędzy i ustanowić nagrody finansowe dla ludzi, którzy działają na rzecz pokoju i rozwoju nauki. Co roku wybrani przez specjalny komitet naukowcy, pisarze i politycy (bo jest też pokojowa Nagroda Nobla) są nagradzani. Wśród Polaków mamy też laureatów tej nagrody. Głownie są to pisarze i poeci. Właśnie Henryk Sienkiewicz, Władysław Reymont, Wisława Szymborska, Czesław Miłosz. Ostatnio tę nagrodę dostała pisarka Olga Tokarczuk. I oczywiście nasza wielka uczona Maria Skłodowska – Curie, którą uhonorowano tą nagrodą dwukrotnie, w dziedzinie fizyki i chemii. A Lech Wałęsa, jeszcze zanim został wybrany prezydentem otrzymał nagrodą pokojową. 
- A ten pomnik jest stary? 
- Nie. Stanął tutaj dopiero dwadzieścia lat temu. Ufundowali go, czyli po prostu zapłacili za jego wykonanie państwo Porczyńscy, kolekcjonerzy dzieł sztuki. A autorem jest rzeźbiarz Gustaw Zemła. 
Zauważyłem, że Miśka coraz uważniej rozgląda się na boki. 
- Co ci się stało? - spytałem. 
- Patrzę, czy nie ma wiewiórek. Dzisiaj mam ze sobą orzeszki. 
- Na pewno je gdzieś po drodze spotkamy. 

Szliśmy dalej, a przed nami, za koronami drzew, pojawił się biały budynek. Stał już za murem odgradzającym Łazienki od Ogrodu Botanicznego. 
- Co on ma na dachu? - zaciekawił się Poldek. - Takie okrągłe. 
- To kopuła. Ten budynek ma dwie takie kopuły, tylko drugą zasłaniają gałęzie. To jest obserwatorium astronomiczne. Dach w tej kopule można otworzyć i obserwować niebo przez teleskop. 
- A można tam wejść? 
- Niestety, nie. Mają tam dostęp tylko pracownicy Uniwersytetu Warszawskiego, a właściwie jego Wydziału Astronomii. Bo to właśnie dla uniwersytetu ponad 200 lat temu wybudowano ten budynek. Wówczas jeszcze można było prowadzić obserwacje w mieście. 
- Wówczas? A teraz nie można? – zdziwił się Poldek. 
- Wprawdzie nikt tego nie zabrania, tylko w mieście, nawet nocą, niewiele gwiazd widać. Poświata od lamp ulicznych i wszelkiej maści oświetlenia zewnętrznego przyćmiewa je, tak jak słońce w dzień. Przecież w ciągu dnia one się nigdzie nie chowają. Tylko my ich nie widzimy, bo jest za jasno. 
- No, niby taak… - Poldek nad czymś się zamyślił. – W telewizji, widziałem na filmie, że wielkie teleskopy buduje się gdzieś w górach. 
- Przede wszystkim z daleka od ludzkich skupisk. Nawet astronomowie amatorzy, jeśli chcą coś zobaczyć w swoich teleskopach, wyjeżdżają gdzieś za miasto. A powiedzcie mi, czy widzieliście kiedyś na niebie Drogę Mleczną? 
- Aha, widzieliśmy z Poldkiem na wakacjach, na Mazurach. 
- Właśnie. Gdzieś nad jeziorami, w lasach, wśród pól lub w górach, gdzie noc jest naprawdę ciemna, tam można obserwować niebo i gwiazdy. 
- To co tutaj jest teraz, w tym budynku? 
- Pewnie biura, pracownie astronomów. Współcześni astronomowie pracują chyba więcej z komputerem niż z teleskopem. Po prostu przetwarzają dane, które uzyskują z obserwacji wielkich teleskopów na Hawajach, czy w Andach, w Ameryce Południowej, albo jeszcze wyżej, w kosmosie, gdzie np. od 30 lat obserwuje wszechświat kosmiczny teleskop Hubble’a. Jak wrócimy do domu, poszukamy w internecie zdjęć, które wykonał. 

Ruszyliśmy dalej, a ja po chwili ogłosiłem wyścig. 
- Widzicie tam na górze, za krzewami kolumnę? 
- Tak. 
- Kto pierwszy przeczyta datę umieszczoną na tej kolumnie wygra nagrodę! 

Rzucili się biegiem. Oczywiście Poldek dobiegł pierwszy, choć siostra dzielnie dotrzymywała mu kroku. 
- 1262 – zawołali oboje, kiedy zobaczyli mnie na końcu ścieżki. 
- To tutaj być może stał gród w Jazdowie, który znamy tylko ze starych kronik. Należał wówczas do księcia mazowieckiego Ziemowita II. Kiedy w tym właśnie roku, który widzicie na kolumnie napadły na Mazowsze wojska litewskie, gród nie obronił się, mimo iż stoi na wzniesieniu, u którego podnóża były wtedy mokradła. Książę zginął, jego syn Konrad dostał się do niewoli, z której wrócił dopiero po 2 latach. Jemu również nie udało się obronić Jazdowa 20 lat później podczas bratobójczej wojny z księciem płockim Bolesławem II. 
- Jakieś felerne miejsce – zareagował na tę opowieść Poldek. 
- Książę też tak pomyślał i opuścił Jazdów, z którego nie pozostał do naszych czasów żaden ślad. Znalazł lepsze miejsce kilka kilometrów dalej na północ, gdzie stanął nowy gród na wysokiej skarpie wiślanej i nad wąwozem, którym płynęła rzeczka Rudawka. Tam gdzie stoi teraz Zamek Królewski a obok Stare Miasto. Gdyby nie te najazdy i niszczenie Jazdowa, to właśnie tutaj narodziłaby się Warszawa.

- A tam jest jakiś wielki głaz ze szpikulcem – Miśka pokazała na drugi koniec alejki.
Podeszliśmy do niego. 
- To głaz narzutowy, przywleczony dawno temu, przed 10 tysiącami lat przez wielki lodowiec. 
- Lodowiec? W Polsce? -wykrzyknęli oboje naraz. 
- Tak, ale o tym porozmawiamy innym razem. Jest w Warszawie muzeum, w którym wizyta będzie do tego znakomitą okazją. 
- A po co w nim jest ten szpikulec? 
- To gnomon, który rzuca cień i wskazuje na wyrytej na tym głazie podziałce aktualną godzinę. 
- Więc to jest zegar słoneczny – Miśka uprzedziła tym razem mądralę Poldka. 
- Tak. Jego twórcą był Wojciech Jastrzębowski, profesor w Instytucie Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa w podwarszawskim Marymoncie. 
- Jakim podwarszawskim, przecież Marymont jest na Żoliborzu! – zaoponował Poldek. 
- Wtedy miasto tak daleko nie sięgało. I Marymont był daleko za miastem. Ale wracając do profesora Jastrzębowskiego, to żeby zrobić ten zegar musiał wynaleźć specjalne urządzenie, które pozwalało mu na wyrysowanie podziałki zegara na każdej, najbardziej nawet pofałdowanej powierzchni. Wcześniej można było wykorzystywać do robienia zegarów słonecznych tylko powierzchnie wygładzone. 
- Tylko po co oni wtedy przytargali ten głaz w to miejsce, jak tu nie ma słońca – zastanawiał się Poldek. 
- Myślę, że wcale go nie targali, tylko znaleźli w tym właśnie miejscu, i wówczas nie było tych drzew, które wyrosły później i mogą mieć jakieś, góra, 150 lat. 
- A kiedy zrobili ten zegar? 
- Poszukajcie na kamieniu. Jest tam i nazwisko profesora i „rok produkcji” zegara. 
- 1828 – tym razem Sokolim Okiem okazała się Miśka. 
- To jak jesteśmy przy cyferkach i liczbach, to może mi pomożecie policzyć, po ilu stopniach schodzi się ze skarpy. Jest ich tyle, że zawsze mi się myli. 

Spojrzeli na mnie z politowaniem, a ja poprowadziłem ich do schodów wiodących na tyły Starej Pomarańczarni.

Andrzej Papliński  

25 września 2020 roku 
Fot. Andrzej Papliński
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 354690