WYWOŁAĆ DUCHA

Któż nie zna filmu Juliusza Machulskiego pt. „Va bank 2, czyli riposta”? Podobnie jak w przypadku innych obrazów tego reżysera, pewne sceny stały się, nie zawaham się użyć tego słowa, kultowe. Ale oprócz nich liczne były też scenki drugiego planu, niby nic nie znaczące, a przecież zapadające w pamięć. W moim przypadku, wielbiciela filmu przedwojennego, jedną z nich było rozdzielanie w studiu aktorów na dwa plany filmowe: „Szybcej, prosze. Na lewo Barbara, na prawo Twardowski”. Było to nawiązanie do faktycznie zrealizowanych w latach trzydziestych filmów: „Barbara Radziwiłłówna” Józefa Lejtesa oraz „Pan Twardowski” Henryka Szaro. I to w tym drugim przedstawiono jedną z wersji wydarzenia, o którym zawsze myślę, oglądając ową ripostę Machulskiego.

Według jednych, miało ono miejsce w Krakowie, krótko po śmierci Barbary Radziwiłłówny, poślubionej potajemnie przez Zygmunta Augusta w roku 1547. Według innych, stało się to w Warszawie, a od śmierci królowej minęło już lat osiemnaście. I ta wersja wydaje się być bardziej prawdopodobna, bowiem schorowany władca stał się wówczas uległym narzędziem dworskich koterii.

Drugim, obok króla, bohaterem tej opowieści jest, znany każdemu polskiemu dziecku, pan Twardowski. Obecny w baśniach, podaniach ludowych, opisany przez narodowego wieszcza Adama Mickiewicza, wydaje się być postacią wyłącznie legendarną. Mało kto bowiem z naszych rodaków wie, iż był on postacią historyczną. Urodzony w Norymberdze około roku 1515, przebywał na dworze Zygmunta Augusta od roku 1565. Zatrudniony jako wróżbita i astrolog nadworny, otrzymał również funkcję podkoniuszego. Wówczas to prawdopodobnie jego nazwisko zostało spolszczone i z Lorenza (Laurentiusa) Dhura stał się mistrzem Twardowskim, wszak „durum” po łacinie znaczy właśnie „twardy”.

Był piątkowy wieczór, 7 stycznia roku 1569. Na zamku królewskim, wówczas niewielkiej, gotyckiej jeszcze, budowli, król Zygmunt August niecierpliwie oczekiwał przybycia swojego nadwornego maga. Tej nocy miało się spełnić jego wielkie marzenie. Podkanclerzy Franciszek Krasiński zdradził mu był bowiem tajemnicę, iż Twardowski jest nie tylko czarnoksiężnikiem, ale i nekromantą i potrafi sprowadzać z zaświatów dusze zmarłych. Na tę wieść, po 18 latach z nową siłą wybuchł w piersi króla żal po zmarłej żonie. Ale zrodziła się też nadzieja. Jeszcze raz, zobaczyć ją jeszcze raz, choćby na jedną krótką chwilę.

W tajemnicy przed wszystkimi (nekromacja jest przecież grzechem śmiertelnym), przy jednej zaledwie płonącej świecy, król wsłuchuje się najpierw w zaklęcie mamrotane przez jakąś sprowadzoną naprędce z Błonia czarownicę. Potem wypija podsuniętą mu przez nią miksturę. Po chwili wiedźma znika, a jej miejsce zajmuje Twardowski. Uprzedza króla, aby zachował spokój, cokolwiek by się nie wydarzyło, czegokolwiek by nie zobaczył. Niczego nie wolno mu dotknąć, sprowadzi bowiem w ten sposób na wszystkich wielkie nieszczęście. Zniecierpliwiony władca godzi się na wszystko. Czuje lekki zawrót głowy. Oczy zdają się nic już nie widzieć w półmroku. Czy to wynik postępującej choroby toczącej od dawna jego ciało, czy podniecenia, a moze raczej owej tajemniczej mikstury. I nagle, po zaklęciu wypowiedzianym przez Twardowskiego, w drzwiach komnaty pojawia się zjawa łudząco podobna do królowej Barbary. Jak przez mgłę król widzi Jej twarz, Jej sylwetkę i szaty te same, które kiedyś nosiła. „Barbaro!” zawołał i zerwał się z fotela. Rzucił się w kierunku widma, ale wówczas światło zgasło, zaś jego ramiona natrafiły tylko na powietrze. Upadł na podłogę. Usłyszał jeszcze jakby w oddali nerwowe słowa ludzi, którzy wpadli do komnaty. Po chwili stracił przytomność.

Tak miała wyglądać owa noc z 7 na 8 stycznia w warszawskim zamku. Taką, mniej więcej, wersję opisał Roman Bugaj w swojej książce pt. „Nauki tajemne w dawnej Polsce - mistrz Twardowski”. On też dał nam wyjaśnienie owego wydarzenia. Jego sprężyną miał być Franciszek Krasiński. On to, we współpracy z królewskimi dworzanami Jerzym i Michałem Mniszchami, zorganizował ów seans spirytystyczny. Był on możliwy dzięki temu, że Michał Mniszech, w pobliskim klasztorze bernardynek poznał córkę warszawskiego kupca Jana Gizy, Barbarę. Krnąbrna i pełna temperamentu dziewczyna, zamknięta w nim na polecenie ojca, okazała się łudząco podobna do zmarłej królowej. I wówczas zrodziła się myśl, iż dzięki niej będzie można jeszcze skuteczniej oddziaływać na króla. I tak się też stało.

Do końca nie wiadomo, czy to wywoływanie duchów miało w ogóle miejsce. Faktem natomiast wydaje się być historycznym, iż Barbara Giżanka stała się faworytą królewską i wraz ze swoją matką zaczęła rządzić na dworze. Jak pisał później Świętosław Orzelski „Podłego stanu ludzie dwór opanowali. Giżanka i jej matka, żona pisarza miasta Warszawy – biskupom i senatorom stać u drzwi kazali”. Także siostra królewska Anna Jagiellonka zgorszona tym, co się na zamku działo pisała w liście do starszej siostry Zofii, księżnej brunszwickiej: „Jako się to Warszawa nie zapadnie dla jej grzechu”. Czy Giżanka dała Zygmuntowi tak oczekiwane przez niego dziecko? Urodziła wprawdzie córkę, ale historycy są raczej zgodni, iż król nie mógł mieć dzieci. Tymczasem królewski kochanek uwierzył w swoje szczęście i tym chętniej dawał posłuch „kadrowym” radom Barbary i jej matki. Dzięki nim między innymi Franciszek Krasiński został biskupem krakowskim, zaś szwagier Mniszchów, Jan Firlej, wojewodą krakowskim.

I tak, po raz kolejny sprawdziło się przysłowie: „Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle!”.
Kadr z filmu "Barbara Radziwiłłówna" Jerzego Lejtesa z 1936 roku.
Wywoływanie ducha Barbary według Jana Matejki...
i według Wojciecha Gersona
Andrzej Papliński
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 354866