WARSZAWA MIASTEM WIELU KULTUR

Tak określaliśmy zawsze nasze miasto przyjmujące przez wieki ludzi różnych nacji, różnych wyznań. Czy jest nim nadal? 

Chlubimy się faktem, że począwszy od czasów panowania króla Kazimierza Wielkiego nasza Rzeczpospolita zaliczała się do najbardziej tolerancyjnych krajów Europy. M.in. za sprawą ludności żydowskiej, którą Polska przyjęła po słynnym wypędzeniu ich z Hiszpanii. Później, w czasach reformacji, mamy wiele przypadków osiedlania się w Warszawie ludności protestanckiej, zwłaszcza w jurydyce Leszno. Pozostałością po tych czasach jest powstały, właśnie w tym miejscu, zbór ewangelicki przy obecnej alei Solidarności. 

Dla mnie jednak najbardziej namacalnym dowodem wielokulturowości Warszawy są pamiątki na Powązkach. Nagrobki pochowanych tu zmarłych z wielu rodzin, przeróżnych narodowości, przybywających tu i osiedlających się przodków, dziś nadal mieszkających wśród nas warszawiaków o obco brzmiących nazwiskach. Nie tylko Powązki, bowiem najbardziej znane rodziny przybyszów z zagranicy, wyznawały po części także luteranizm, jak choćby rodzina Marconich, Lilpopów czy Mannów. 

Specjaliści różnych zawodów osiedlali się w Warszawie, nakłaniani byli do przyjazdu w różny sposób. Wspominałem o tym przy okazji przyjazdu Antoniego Lilpopa, znanego zegarmistrza. Generał Michał Pac sprowadził do Polski Henryka Marconiego, architekta na trwałe wpisanego w historię polskiej kultury. Książę Antoni Lubomirski sprowadził do Warszawy Antoniego Weinerta, Czecha, późniejszego nadwornego kapelmistrza króla Stanisława Augusta. To tylko przykłady z długiej listy tych, którzy osiedlili się w naszym mieście, tu pracowali, założyli rodziny, w chwilach niebezpieczeństw stawali do walki wraz z rodowitymi warszawiakami, oddawali swe życie jako lojalni obywatele tego kraju. 

Historia kołem się toczy, ten slogan znamy wszyscy. Już w XIX wieku, po każdym z narodowych powstań, mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem odwrotnym, wielu naszych rodaków, najczęściej w obawie przed represjami zaborców, wyjeżdżało na zachód, do Niemiec, do Francji, emigrowało za ocean. Długa jest lista Polaków, którzy swym talentem służyli innym narodom (Malinowski, Modjeski, Dybowski). Potem wyjeżdżali Polacy za chlebem, za ocean, do USA, do Argentyny. Po zawierusze ostatniej wojny kolejni Polacy pozostali na emigracji. Do tej Polonii w wielu krajach doszli kolejni. Ci co wyjechali po 1968 roku, po stanie wojennym. I tym razem wiele krajów na świecie przyjęło naszych rodaków. 

Myślę, że można mówić o pewnej międzynarodowej solidarności dla tych, co potrzebują pomocy. I powinno to trwać nadal. Nie wnikając w zmieniające się powody wyjazdów, emigracji zarobkowej, bądź z przyczyn politycznych, trzeba umieć spojrzeć na to co właśnie dzieje się wokół nas. Żyjemy w rodzinie krajów europejskich. Pomagano nam, pomagajmy i my. 

Widzimy na każdym kroku, jak wielu ludzi ze wschodu pracuje u nas. Wcale nie chodzi mi o cwaniaków bazarowych od wódki i papierosów. Od 10 lat pracuje u mnie sprzątająca p. Maria spod Tarnopola, w sklepie w kasie mam kontakt z Tatianą. Dużo ludzi pracuje na budowach. Wiosną, gdy nastała pandemia plantatorzy załamali ręce: kto zbierze nam truskawki? Taka jest prawda, że jest u nas praca, której sami nie wykonamy. Inną rzeczą, jest, by byli uczciwie traktowani, płacili podatki i byli ubezpieczeni. Pamiętny przypadek pracodawczyni, która pozostawiła bez pomocy nieubezpieczonego pracownika doprowadzając do jego śmierci, to rzecz niegodna XXI wieku. 

Czasy Polski dla Polaków już minęły. Pamiętam mój podręcznik do historii, jeszcze z końca lat 50., który kończył się znamiennym wpisem, dziś jednoznacznie brzmiącym. A napisano tak: „Po II wojnie światowej Polska powróciła do starych piastowskich granic”. Czyli stała się państwem czystym etnicznie. Dodam, że o Polsce międzywojennej nie napisano nawet zdania. 

Dziś jesteśmy częścią Europy. Tak, jak po wstąpieniu do Unii Niemcy nie wykupili nam ziemi, tak przybysze ze wschodu nie wprowadzą nam języka rosyjskiego jako urzędowego. 

Warszawa była i jest, podobnie jak nasz kraj, miejscem styku wielu kultur, różnych wyznań. Gdyby ktoś miał wątpliwości, to przypomnę, że Tuwim był Żydem, podobnie jak Irena Szewińska, czy Stanisław Lem. Fryderyk Chopin miał ojca Francuza, Adam Małysz jest ewangelikiem, a ojciec Gustawa Holoubka był Czechem. 

Najlepszą ilustracją i komentarzem niech będą na koniec te dwa zdjęcia. Pomnik na Pradze, naprzeciw Liceum im. Władysława IV przypomina prawosławnego kapelana WP Szymona Fedorońkę zamordowanego przez NKWD w Katyniu. Jego trzej synowie to absolwenci praskiego liceum. Aleksander zginął śmiercią lotnika w Anglii w 1944 roku, a Wiaczesław i Orest jako żołnierze AK polegli w powstaniu warszawskim. Na drugim zdjęciu jest grobowiec rodziny Mannów rodem z Niemiec. U dołu nazwisko Zygmunta Manna, doktora filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. W czasie okupacji mógł po prostu podpisać volkslistę, a wybrał śmierć w obozie w Auschwitz. Sprawdza się znane powiedzenie: „Nie jest ważne skąd, ale jacy jesteśmy”. 

Franciszek Trynka 

13 września 2020 roku
Fot. Franciszek Trynka
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Liczba odwiedzin: 117581