ACH ZAMIESZKAĆ, ZAMIESZKAĆ… 



To rozśpiewane marzenie Ireny Santor, by zamieszkać w Warszawie udało mi się po wielu latach zrealizować, jednak… nie bez trudności. 

Nie od dziś wiadomo, że każdemu młodemu małżeństwu na dobry początek potrzebne jest mieszkanie i praca. Na dodatek my postanowiliśmy zamieszkać w stolicy. A stolica nie była wówczas przyjazna „imigrantom” z Polski. 

Moja „akcja Warszawa” rozpoczęła na początku grudnia 1975 roku. 

Pierwszym problemem dla przyjezdnych, który pojawiał się w stolicy, okazywała się sprawa zameldowania na pobyt stały. Uważni kinomani z pewnością zauważyli, że anegdoty z tym problemem, warszawskim meldunkiem w tle, funkcjonują w polskim filmie od wielu lat. Aby pokonać ten kolejny szczebel, by zostać mieszkańcem stolicy trzeba mieć, gdzie się zameldować, a potem tego dokonać. A z tym nie było łatwo. Mam w rodzinie osobę, która uczyła się w Warszawie, potem pracowała, jednak wobec urzędowego zakazu meldowania osób spoza stolicy, zamieszkała w Warszawie dopiero w swoim własnościowym mieszkaniu po ponad 20 latach. Wcześniej mogła zameldować się jedynie u krewnych w Brwinowie. 

Ja byłem pod tym względem szczęściarzem, bo miałem gdzie się zameldować, a także znałem osobę, która pomogła mi pokonać te absurdalne urzędowe zakazy. 

Zatem 1 grudnia 1975 roku poznałem swoje nowe miejsce pracy, powyżej tarasu widokowego Pałacu Kultury i Nauki. W tym momencie nikt w Warszawie nie pracował wyżej ode mnie, nie było bowiem jeszcze ani Mariotta, ani Intraco. Jednocześnie zacząłem kroki przybliżające nas do swojego mieszkania. Będąc już meldunkowym mieszkańcem stolicy mogłem założyć książeczkę mieszkaniową i ustawić się w kolejce po swoje M-3. W Warszawie było to zorganizowane inaczej niż w reszcie kraju. Nie można było zostać od razu członkiem wybranej, konkretnej spółdzielni. Wszystkich oczekujących rejestrowano w jednym centralnym stołecznym biurze, które zyskało z czasem popularne wśród zainteresowanych miano „zamrażarki”. Należało bowiem wpłacić pełny wkład mieszkaniowy i czekać. A ile? Tego nikt nie był w stanie określić. Urzędniczka przyjmująca mnie powiedziała, że „w pana interesie jest jak najszybciej zebrać pełny wkład, gdyż dopiero wtedy następuje jego tzw. zawinkulowanie na poczet mieszkania”. Od tej chwili liczy się oficjalnie czas oczekiwania, jednocześnie wkładu z książeczki nie można już wycofać, pozostawał on „zamrożony” do momentu otrzymania swojego M i mógł być wykorzystany tylko na cele mieszkaniowe Tytułem pocieszenia powiedziano mi, że może to potrwać około czterech lat. 

Wartość ówczesnego wkładu na mieszkanie własnościowe M-3 odpowiadała w przybliżeniu mojej dwuletniej pensji. Uruchomiliśmy więc wszystkie środki i źródła pożyczkowe, wszystko wpłaciliśmy i czekamy. 

Niestety, zbliżał się rok 1980. Sytuacja w kraju coraz gorsza, strajki, stan wojenny. A na tym najbardziej nas interesującym mieszkaniowym rynku zaczęły się schody, poślizgi. Naszego mieszkania jak przysłowiowego światełka w tunelu trudno wypatrzyć. 

Rok 1984. Osiem lat w zamrażarce i cicho, nic się nie dzieje. Nikt nie potrafi odpowiedzieć czegoś sensownego. Nie wiem, jak długo trwałby ten stan zawieszenia w próżni, gdyby nie kolejny raz pomocna ręka, ta sama zresztą, która pomogła mi w meldunku. Tym razem dzięki niej wydostałem się z zamrażarki. Zostałem przyjęty do spółdzielni na warszawskim Ursynowie. Gdyby jednak ktoś pomyślał, że to koniec moich kłopotów, to wręcz przeciwnie. Moja epopeja mieszkaniowa wkroczyła na nowe tory, w kolejny etap. Przełom lat 80. i 90. to czas przemian zakończony zmianami ustrojowymi, ale w gospodarce okazał się okresem krachu w wielu dziedzinach, a szczególnie przeżyli go podobni do mnie – czekający na swoje upragnione mieszkanie. Sytuację pogłębiła inflacja, która stała się ogromnym problemem. Początkowo nieduża, szybko przerodziła się w tzw. hiperinfację. To co przeżywali ludzie przed pół wiekiem w czasie wielkiego kryzysu lat 30. stało się i naszym udziałem. W najbardziej czarnej wizji nie przypuszczałem, że opuszczając „zamrażarkę” krach mieszkaniowy sprawi, że klucze do naszego mieszkania odbiorę po kolejnych 9 latach na początku 1993 roku. Stało się to w najgorszym możliwym momencie. Z wcześniejszych doświadczeń moich znajomych wiedziałem, że likwidacja książeczki mieszkaniowej w momencie przydziału mieszkania to formalność, a obliczona premia gwarancyjna, nieraz przerastała wymagany wkład i była zaliczana na poczet czynszu. W takim nastroju złożywszy dokumenty w banku na ul. Sienkiewicza spokojnie czekaliśmy na rozliczenie, nieświadomi tego co nas czeka. W dniu odbioru, czekając w kolejce coś nas tknęło, gdy widzieliśmy kolejnych interesantów przed nami odchodzących z płaczem po odebraniu dokumentów. Po chwili sami to przeszliśmy. Wskaźniki ustalane na dzień 31 grudnia poprzedniego roku, wobec szalejącej inflacji sprawiły, że ten nasz „pełny wkład”, po przeliczeniu przez bank wyniósł zaledwie 1/6 wymaganego. Moja spółdzielnia mieszkaniowa, nie chcąc, by te gotowe mieszkania stały puste, zaproponowała nam przejście na tzw. mieszkanie lokatorskie, dla którego wymagana wpłata była o połowę niższa. Nadal mieliśmy jednak tylko 1/3. Z pomocą rodziny udało nam się w końcu otrzymać klucze. Niczym Scarlett O’Hara z „Przeminęło z wiatrem” postanowiliśmy, że o tym - jak nasze M-3 przejąć w przyszłości na własność, pomyślimy jutro. 

Dziś mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że wielu naszym rodakom w podobnej do naszej sytuacji pomogła, nie żyjąca już dziś pani minister Blida. Dzięki niej uchwalono ustawę, na mocy której jeśli w ciągu dwu lat spłaciło się pozostały kredyt mieszkaniowy, umarzano 70% odsetek. 

Dostaliśmy szansę, którą postanowiliśmy wykorzystać. W przeciwnym przypadku zafundowalibyśmy sobie dożywotnie obciążenie spłatą kredytu. I wtedy zdarzyła się rzecz nieoczekiwana. Niejednokrotnie słyszy się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. To słynne przysłowie w moim przypadku nie sprawdziło się. Właśnie dzięki rodzinie udało nam się w terminie ustalonym ustawą spłacić całość długu. W moim domowym archiwum zachowało się potwierdzenie urzędowe ze spółdzielni, że z dniem 23 kwietnia 1997 roku spółdzielcze lokatorskie prawo do lokalu zostało przekształcone w prawo własnościowe. 

I tak zostałem szczęśliwym posiadaczem ursynowskiego mieszkania. Stało się to dokładnie po 22 latach od założenia książeczki PKO.
Franciszek Trynka
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 356807