WYBRAŁEM WARSZAWĘ 



Nieraz półżartem mówię, że wybrałem Warszawę, gdyż leży w połowie drogi między miastami mojego dzieciństwa i młodości – czyli Gdańska i Krakowa. 

Faktem natomiast jest, że w ubiegłym roku minęło 45 lat jak mieszkam w Warszawie. Stolica i Mazowsze, to niemal całe moje życie zawodowe i rodzinne po ślubie. Ponadto, Warszawa stała się dla mnie, szczególnie na emeryturze, źródłem moich zainteresowań historycznych i turystycznych, którym poświęciłem się bez reszty. Dziś Warszawa to moje miasto, a na jej planie widnieje też miejsce szczególne, obiekt mojej ogromnej pasji. To Stare Powązki. 

Ale jak mówi stare porzekadło: „Nie od razu Kraków zbudowano”. Podobnie w moim życiu było z Warszawą. Wychowywałem się w Krakowie, lat mojego krótkiego, gdańskiego dzieciństwa nie pamiętam. Mój ojciec, rodowity Krakowianin, wraz ze starszymi braćmi wybrał się na Wybrzeże w poszukiwaniu pracy do zrujnowanego po wojnie Gdańska. Wszyscy osiedli i pozostali w Trójmieście, oprócz mego ojca, który ponoć źle się czuł w Gdańsku, ale ja wiem, że był zakochany w Krakowie i bez niego nie mógł żyć. Wrócił pod Wawel, już ze mną. Właśnie mojemu ojcu zawdzięczam zamiłowanie do historii i krajoznawstwa. Z nim poznawałem zabytki Krakowa, o których chętnie opowiadał i którymi tak bardzo się chlubił. 

Warszawa z moich lat dzieciństwa po raz pierwszy pojawiła się w rodzinie jako echo, dziś już trochę śmiesznych, animozji krakowsko – warszawskich. Mój ojciec uważał, że wobec braku urzędowego potwierdzenia faktu przeniesienia stolicy z Krakowa do Warszawy, jest on nadal miastem stołecznym. Kraków posiada nawet tytuł honorowy – Królewsko-Stołeczne Miasto Kraków. Podobnie zresztą mój kuzyn, urodzony w Płocku, dumny był z tego, że jego rodzinne miasto było faktyczną stolicą Polski wcześniej i od Warszawy i od Krakowa, bo już za czasów Władysława Hermana. Kiedy wspominam miasto mojego dzieciństwa i młodości, a myślę o Warszawie, często przypomina mi się pewien dzień. Będąc już na wcześniejszej, wymuszonej przez nowego pracodawcę emeryturze odwiedziłem moich młodszych kolegów z pracy. Poczekałem na nich chwilę, a po wyjściu z PKiN zaprosili mnie oni na piwko. Siedzimy więc sobie w kawiarni i nagle słyszę pytanie. „I co ty Franciszek będziesz teraz robił na tej nieoczekiwanej emeryturze?” Odpowiedziałem, że właśnie chodzę na kurs przewodników miejskich. Na to jeden z nich, Wojtek, mówi: „Krakowiak będzie oprowadzał po Warszawie? To najlepszy dowcip, jaki w życiu słyszałem.” 

Ale wróćmy do lat szkolnych. W podstawówce z Warszawą zetknąłem się w bardzo specyficzny sposób. Połowa lat 50-tych, lata odbudowy, to czasy słynnych haseł. Jednym z nich było wtedy: „Cały naród buduje swoją stolicę”. Do dziś takie hasło można przeczytać na elewacji Empiku na rogu Alej i Nowego Światu. Jak cały naród, to trzeba do tego włączyć i dzieci ze szkół. A jak?

Szkoły dostawały wtedy do rozprowadzenia wśród młodzieży naklejki na zeszyty. Obkładaliśmy w papier nasze zeszyty do każdego przedmiotu, na okładce zaś przyklejaliśmy specjalne naklejki, na których podpisywało się, np. „Język polski, Franciszek Trynka kl. 1 A”. Pamiętam, że zwykłe naklejki w kiosku kosztowały 5 gr, a te na odbudowę Warszawy były 4 razy droższe. Miały jednak specjalny nadruk „Cena 20 gr, w tym 15 gr na SFOS”. Ten skrót oznaczał Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy. Byli nim opodatkowani wszyscy pracujący w Polsce – 0,5% od zarobków. SFOS powstał dokładnie w dniu moich urodzin (kto chce, niech sprawdzi w Wiki, kiedy to wypada). Jej celem było organizowanie wieloletniej zbiórki funduszy na rozmaite przedsięwzięcia w okresie odbudowy stolicy. 

Lata lecą, przechodzimy z klasy do klasy, nawet nie zauważyliśmy, gdy z dzieci staliśmy się młodzieżą. Pamiętam doskonale moje młodzieńcze zauroczenie kinem, pogłębione po premierze „Krzyżaków” na wielkim ekranie. Ale to zauroczenie było nie tylko filmem fabularnym. W każdym kinie, przed każdym seansem wyświetlany był cotygodniowy odcinek „Polskiej Kroniki Filmowej”, dzieło reporterów warszawskiej Wytwórni Filmów Dokumentalnych. Wielu widzów opuszczało ją i i wchodziło na salę tuż przed rozpoczęciem głównego filmu. Ja, idąc do kina nie wyobrażałem sobie nie obejrzeć „Kroniki”. Było to bowiem dla mnie i innych młodych kinomanów często pierwsze spotkanie z Warszawą, z różnymi regionami Polski i świata. Pokazywano w niej najważniejsze wydarzenia, oddawane do użytku nowe obiekty kulturalne i przemysłowe. Dowiadywaliśmy się z nich, że na Żeraniu produkuje się „Warszawę” i całkowicie polską konstrukcję, czyli „Syrenę”. Już w pierwszych latach powojennych reporterzy kroniki pokazali Polakom powrót urny z sercem Fryderyka Chopina do zrujnowanego jeszcze kościoła Św. Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu, czy ustawienie na placu Zamkowym odnowionej kolumny Zygmunta III Wazy. Są to dzisiaj jedyne filmy przedstawiające te wydarzenia. A w moich uszach jeszcze dziś brzmi charakterystyczny sygnał rozpoczynający i kończący „Kronikę”. 

Jednak dopiero pojawienie się w naszym życiu telewizji, stało się prawdziwym przełomem. Choć w Warszawie rozpoczęła ona nadawanie w latach 50-tych, to dopiero budowa PKiN i umieszczenie na jego szczycie anteny nadajnika telewizyjnego, umożliwiło regularną, codzienną emisję, początkowo tylko jednego, programu. Zanim telewizja ruszyła w Polskę trzeba było bowiem zbudować dziesiątki stacji łącz, by móc przesyłać sygnał do nadajników rozsianych po całym kraju. Do Krakowa telewizja dotarła pod koniec 1961 roku. Krótko potem telewizor zagościł w naszym domu. Nazywał się „Belweder”. Z sentymentem wspominam tę dawną telewizję. Witała nas plansza Telewizji Warszawa z Syrenką… Któż ją dzisiaj pamięta? Towarzyszył jej sygnał dźwiękowy, którym było kilka taktów znanej piosenki wykonywanej przez Mieczysława Fogga, również przez zespół „Mazowsze”. Autorem muzyki był sam Tadeusz Sygietyński, a słowa jej refrenu to:
„Mówili: nie ma Warszawy! A tu jest Warszawa!” 

Ówczesna telewizja była czymś wielce sympatycznym, gdy witali nas ulubieni spikerzy, szczególnie Edyta Wojtczak i Jan Suzin. A dla mnie oznaczało to zupełną nowość, także jako kibica sportowego. To, czego kiedyś słuchałem przez radio teraz mogłem oglądać na żywo. To właśnie w telewizji po raz pierwszy zobaczyłem Stadion X-lecia. Potem było wiele imprez i transmisji sportowych, oraz doroczne Dożynki. Dziś to rzadkość na świecie, by mecz lekkoatletyczny oglądało 100 tys. widzów. A tak było na warszawskim stadionie w sierpniu 1958 roku, gdy nasz narodowy „wunderteam” pod wodzą legendarnego oszczepnika Janusza Sidły podejmował reprezentację USA. Mecz zakończył się symbolicznym remisem, mężczyźni nieznacznie przegrali, ale za to Polki pokonały ich koleżanki zza oceanu. Stadion X-lecia oglądałem także jako plener filmowy. „Mąż swojej żony” to sygnał rodzącego się zjawiska sportowych celebrytów. Bronisław Pawlik dobrze zapowiadający się kompozytor, na stadionie, gdzie występowała w reprezentacji Polski jego żona, mógł być tylko „mężem Fołtasiówny”. Każdego zaś roku, maj był okresem wielkich zmagań kolarzy. Na Wyścig Pokoju czekała cała Polska, a najważniejszy był zawsze etap do Warszawy z finiszem na stadionie. Komplet widzów w napięciu czekał na tę krótką chwilę finiszu. Sukcesy Staszka Królaka, później Szurkowskiego i Szozdy śledziłem wraz kibicami z zapartym tchem przez wiele lat.

Dzięki telewizji poznałem także po raz pierwszy odbudowany Teatr Wielki, kiedy to w listopadzie 1965 roku na inaugurację oglądałem transmisję „Strasznego dworu” Stanisława Moniuszki. Jako młody chłopak nie przypuszczałem nawet, że w przyszłości będę częstym widzem teatru na wielu przedstawieniach operowej klasyki. Myślę, że telewizja, z którą zetknąłem się tuż przed końcem podstawówki, przyczyniła się do wyboru mojego przyszłego zawodu – elektronika i szkoły, czyli Technikum Łączności. Dalszy etap, studia i praca w specjalności techniki nadawczej w Pałacu Kultury i Nauki, to temat na kolejne spotkanie. 

Na koniec chiałbym wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy, która jest dla mnie bardzo symboliczna. Począwszy od V klasy miałem wychowawczynię p. Olgę Urbańską, która zorganizowała koło SKKT, czyli szkolne koło krajoznawczo-turystyczne. Chodziła z nami po mieście w niedziele, poznawaliśmy z nią Kraków i jego historię. W czerwcu 1961 roku zorganizowano międzyszkolny konkurs wiedzy o Krakowie. Startowałem i ja. Pierwsza nagroda, książka opowiadań historycznych „Przez stulecia”, za zwycięstwo w tym konkursie, stoi do dziś na poczesnym miejscu w mojej bibliotece. Niezwykłym zaś zbiegiem okoliczności, warszawski egzamin przewodnicki, ten końcowy, praktyczny, zdawałem dokładnie (!) 50 lat po tamtym krakowskim konkursie. Gdy przewodniczący marszałkowskiej komisji egzaminacyjnej oświadczył mi, że zdałem, wyjąłem tę moją nagrodę i pokazałem, jako ciekawostkę. Egzamin krakowski, egzamin warszawski, a między nimi pół wieku. Historia zatoczyła koło. 
Franciszek Trynka
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 356827