O SZTUCE PODRÓŻOWANIA

Mecenas M. zajmował, wraz z małżonką i dwójką dzieci, wielkie mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy stojącej przy ulicy Miodowej. Tego dnia względny spokój panował tylko w części zajmowanej przez jego gabinet. Natomiast w pokojach dziecinnych, w salonie oraz kuchni panował nerwowy rozgardiasz. Pani Barbara, wspomagana przez służącą Zośkę, szykowała rodzinę do wyjazdu na wywczasy. Celem ich podróży był Kraków oraz zagubione wśród gór Zakopane. Taka podróż to nie przelewki. To nie krótki wypad na niedzielną majówkę. Wszystko trzeba było przemyśleć i wszystko przygotować, bo wczesnym rankiem, przed wyjazdem na dworzec, za późno będzie na jakiekolwiek zmiany. 

Trzeba było zatem spakować kufry i walizy, które w pociągu pojadą wagonem pocztowym. Zastanowić się, co włożyć do podręcznych toreb, które będą przez całą długą podróż pod ręką. Długą, bo nawet podróż tak szybkim środkiem lokomocji, jakim był pociąg miała potrwać wiele godzin. Trzeba też naszykować koszyki z prowiantem, bo jedzenie w dworcowych restauracjach na postojach może okazać się kłopotliwe. A głodne dzieci w podróży potrafią być bardzo marudne. 

Przygotowanie bagażu na kilkutygodniowy pobyt poza domem było wielką sztuką. Nie można było przecież zabrać całej szafy, a mimo to, zarówno w miejscu docelowym, jak i w podróży, trzeba było pokazać się modnym. Dlatego tak cenne były porady publikowane w prasie, jak ów artykuł Lucyny Ćwierczakiewiczowej, w którym podpowiadała paniom, jakie stroje należy zabrać na wyjazd na przykład „do wód”: „Trzy kostiumy, z których jeden powinien być strojniejszy na koncert, zebranie wieczorne lub tym podobne – czwarty – podróżny, który służy później na flagi [czyli na dżdżystą pogodę] lub dalsze wycieczki. Dwa z tych czterech powinny być zupełnie nowe, a wszystkie bardzo mało używane. Okrycie jedno cieplejsze, dwa lżejsze, z których jedno strojne, nowe, drugie, na flagę i do podróży może być dawniejsze”. Nieco prościej wyglądała sprawa bagażu męskiego. Ot, pan domu musiał mieć do dyspozycji strój wizytowy oraz ubranie sportowe, np. kraciastą marynarkę, pumpy, pończochy i sznurowane półbuty, plus płaszcz na słotną pogodę. W przypadku dzieci, miejsce na stroje wieczorowe, których pociechy przecież nie potrzebowały, zapełniane było dodatkowymi ubraniami codziennymi. Trudno przecież upilnować, zwłaszcza chłopców, aby nie brudzili się podczas wycieczek. A pranie zabłoconych spodni czy marynarek na miejscu mogło być kłopotliwe. Całe te przygotowania były na głowie pani Barbary. 

Tymczasem w szufladzie biurka pana domu, który do ostatniej chwili przyjmował interesantów, leżały przygotowane bilety oraz dokumenty. Wśród nich paszporty. Tak, paszporty. Dawna stolica Polski znajdowała się przecież za „kordonem”, jak wówczas mówiono. Konieczność posiadania tego dokumentu uprawniającego do przekroczenia granicy sprawiała, że na podróż taką, razem z całą rodziną, nie każdy, nawet przedstawiciel klasy średniej, mógł sobie pozwolić. Istniały wprawdzie dwa rodzaje paszportów, za 2 oraz 15 rubli, ale do otrzymania tych pierwszych upoważniona była tylko pewna grupa osób, takich jak kupcy wyjeżdżający za granicę w interesach, czy część urzędników państwowych i wojskowi w służbie czynnej udający się na zagraniczny urlop. W dodatku, w praktyce, jak opisywał to „Kurjer Warszawski”, tych tańszych za 2 ruble, z reguły nie wydawano: „Tymczasem wydział pasportowy w ratuszu stanowczo odmawia wydawania pasportów za opłatą 2 rs. dla osób, udających się do Lwowa, Krakowa, Poznania i innych miast, wymienionych w przepisach. Radzibyśmy wiedzieć, dlaczego tak się dzieje”. Pytanie redakcji pozostało retorycznym, nikt bowiem z władz miejskich nigdy na nie nie odpowiedział. Koniecznym zatem było ubieganie się o droższy dokument. A dla porównania podajmy, że zarobki urzędnika, na przykład dyrektora lub sekretarza wydziału w komisji rządowej, mogły wynieść niewiele ponad 100 rubli miesięcznie. (Pewną furtkę mieli tylko mieszkańcy terenów przygranicznych, obejmujących pas o szerokości 3 mil geograficznych, czyli około 22 km. Władze gminne miały prawo wydawać im ośmiodniowe przepustki za około 1 rubla). 

Cała rodzina czekała z niecierpliwością na ten moment, kiedy wszyscy wsiądą do wynajętego przedziału I klasy, a pociąg z gwizdem i świstem, w obłokach gorącej pary ruszy wolno po torach. 

Chociaż sama podróż była niecodzienną, aczkolwiek męczącą, atrakcją, to prawdziwe przeżycie czekać miało całą rodzinę podczas przekraczania granicy. Tak wspomina ten moment swojej pierwszej podróży do Krynicy i Zakopanego późniejszy bankier Józef Mineyko: 

„I doprawdy, gdyśmy wsiedli do pociągu na dworcu Wiedeńskim [w Warszawie], świat nam wydał się inny, bo i wagony węższe od rosyjskich, i bieg pociągu szybszy, i nowa mowa, wyłącznie polska, i wreszcie – granica. Tu ponure twarze żandarmów ukazują się w wagonie: »Wasz paszport« – brzmi rozkaz. Podróżni w milczeniu i pośpiechu oddają swoje paszporty i czekają z pewnym zdenerwowaniem. Drzwi wagonów pozostają zamknięte na klucz. Wreszcie sami żandarmi oddają zabrane dowody podróżnym i pociąg rusza. Jedna chwilka tylko upływa i jesteśmy już na ziemi austriackiej, w Galicji. Tu komora celna, rewizja, szukają towarów podlegających ocleniu, takich jak tytoń, słodycze i inne. Robota idzie szybko, jesteśmy zachwyceni widokiem zgrabnie ubranych urzędników w twarzowych czapkach, mówiących po polsku”. 

Bo za tą granicą, choć byli przecież w obcym państwie, widzieli Polskę, mogli kupić polskiego orzełka, słyszeli polskie pieśni, nawet te zakazane w rodzinnej Warszawie: „W Krakowie i Krynicy w teatrach w sezonie letnim dawano dla przyjezdnych z zaboru rosyjskiego sztuki patriotyczne, jak »Bitwa pod Racławicami«, »Gwiazda Północy«. Wychodziliśmy z teatru milczący i do głębi przejęci, a gdy w kościele w Krynicy zaśpiewała artystka teatralna »Boże, coś Polskę«, to już żadna siła nie mogła nas powstrzymać od łez, zresztą cała kaplica płakała ze wzruszenia”. 

Podobne odczucia jak Józef Mineyko, miało wielu Polaków przyjeżdżających do Galicji. Bo choć podróżując po całej Europie, mogli mieć wrażenie, że zerwali się na chwilę z carskiego łańcucha, to tylko tutaj czuli się, jakby wrócili do utraconej ojczyzny. Dlatego ci, których było na to stać, często preferowali pobyt w skromnych warunkach podtatrzańskich kwater, niż w komfortowych pensjonatach w alpejskich kurortach. Bowiem tutaj mogli naładować swoje patriotyczne „baterie” na kolejny rok. Kolejny rok życia carskiego poddanego.
rys. Ksawery Pillati, "Kłosy", domena publiczna
grafika: Franciszek Kostrzewski, domena publiczna
"Kłosy", 1875, domena publiczna
Andrzej Papliński
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 354666