KRYMINALNA WARSZAWA

PANIE MINISZCZE, PILNUJ ZŁODZIEJÓW...

Jest 5 kwietnia 1935 roku. W kościele garnizonowym przy ul. Długiej odbywa się msza z okazji pogrzebu zmarłego dwa dni wcześniej na zawał serca I wiceministra spraw wojskowych gen. Daniela Konarzewskiego. W uroczystości bierze udział cała wierchuszka państwa polskiego, z premierem Walerym Sławkiem na czele. Są też obecni marszałkowie sejmu i senatu, Kazimierz Świtalski i Władysław Raczkiewicz. Poza tym, jak podkreślił w swoim wieczornym wydaniu „Kurjer Warszawski” cała rzesza przedstawicieli wojska: „jeneralicja, attachés wojskowi akredy­towani w Polsce i liczni przedstawiciele wojska z pułków linjowych. Przybyły też delegacje ze sztandarami z oddziałów poznańskich i lwow­skich, któremi zmarły dowodził […] Po wykonaniu pień żałobnych przez artystów opery stołecznej, kondukt prowadzony przez J. Eks. biskupa polowego, rusza w kierunku dworca Wileńskiego, skąd zwłoki przewiezione będą do grobów rodzinnych w Balingrodzie, miejscowości rodzinnej zmarłego jenerała. Tam odbędzie się właściwy pogrzeb ś. p. jen. Daniela Konarzewskiego […]”. 
Pogrzeb gen. Daniela Konarzewskiego
Fot. Narodowe Archiwum Cyforwe
Wśród uczestników warszawskiego pogrzebu jest również II wiceminister spraw wojskowych i administracji armii, gen. Felicjan Sławoj Składkowski. Po uroczystościach wraca on do swojego biura przy ul. 6 sierpnia (dzisiejsza Nowowiejska). Wie, że czeka go pracowity dzień. Tymczasem, nieoczekiwanie jego uwaga skupia się na zupełnie innej sprawie niż lektura leżących na biurku dokumentów. Później tak wspominał ten moment: „Gdy siadałem przy biurku, nagle poczułem się jakoś lekko, dotykam prawego… bynajmniej nie policzka – nie ma portfelu, a tylna kieszeń odpięta”. Konsternacja. Rzecz niewiarygodna, wydawałoby się wręcz niemożliwa. Dwukrotny minister spraw wewnętrznych „obrobiony” przez doliniarza. Nie pomogły rzesze tajniaków czuwających nad dostojnymi gośćmi. Potwierdziła się opinia, że dla prawdziwego fachowca nie ma żadnych przeszkód. 

Jak można się było spodziewać cała warszawska policja została postawiona na nogi. Poruszono wszystkie sprężyny, wykorzystano wszelkie kontakty w przestępczym półświatku. Bez rezultatu. Wszyscy nabrali wody w usta. Nikt nic nie słyszał, nikt nic nie widział, nikt nic nie wie. Pełna kompromitacja. Brakowało tylko, żeby wiadomość ta dotarła do redaktorów opozycyjnych gazet. Wydawało się nawet, że jest to nieuniknione i urzędnicy MSW z drżeniem rąk brali do rąk gazety z kolejnych dni. Tymczasem cisza. Zadziałała, jak się zdaje, wewnętrzna cenzura. Żadna z redakcji nie miała odwagi „podłożyć się” rządzącej ekipie. Wszak były to czasy konfiskat numerów gazet i aresztowań politycznych. 

Jednak sprawa ta, choć nie przedostała się do opinii publicznej, ciążyła bardzo podwładnym generała. Pal licho pieniądze, tych było w portfelu i tak niewiele, ale dokumenty… 

Kiedy zawiodły wszystkie dostępne metody śledcze, trzeba było sięgnąć do sposobów niekonwencjonalnych. Tak opisuje to sam poszkodowany: „Gdy energiczne śledztwo w sprawie mego skradzionego portfela nie posunęło się w ciągu dwóch długich, kompromitujących dni ani trochę naprzód, wezwany został do referatu śledczego Komisariatu Rządu, jako ostatni ratunek, sam „Tata Tasiemka”. Wygłosił tam w miarę toczącej się rozmowy następujące w przybliżeniu słowa: Słyszałem, słyszałem, takie nieszczęście, kto nie słyszał, cała Warszawa aż się trzęsie. Polskiego ministra pozbawić portfela i to pod kościołem. To potośmy żandarmów carskich strzelali, żeby teraz jakiś łobuz, frajer głupi, władzę rabował w naszej stolicy? […] Upewniam pana komisarza, że to nikt z naszych fachowców. Któż by był taki głupi, żeby dla marnych pieniędzy wszystkim się narazić? Wiem, że panu bardzo przykro, ale czy mnie też przyjemnie tu do pana komisarza być zaproszonym?! Jeszcze kapusia z człowieka zrobią i uczciwego obywatela szpiclem ogłoszą. […] Dobrze, będę się starał dla dobra swojego i władzy dopomóc, jak najprędzej. Już idę robić, co można”. 

Choć słowa trzęsącego warszawskim światem przestępczym Łukasza Siemiątkowskiego, szefa gangu wymuszającego od lat haracze od kupców handlujących na Kercelaku, wydały się z pewnością „panu komisarzowi” ironiczne i prześmiewcze, musiał schować swoją dumę do kieszeni i cierpliwie czekać na rezultaty „tasiemkowej” pomocy. A ta okazała się niezwykle skuteczna. Już następnego dnia w ministerialnej skrzynce pocztowej znalazł się portfel ze skradzionymi zdjęciami i dokumentami. Zamiast pieniędzy wsunięta zaś była kartka z nagryzmolonym zdaniem „Panie miniszcze trza lepij pilnować złodziejów”. Jak głosi miejska legenda, podobno generał Sławoj Składkowski parafował ją i przesłał niżej w celu realizacji tego zalecenia „eksperta”. 

Przykre wydarzenie zakończyło się zatem happy endem. Nie tylko zresztą dla generała Sławoj Składkowskiego. Prawdziwy happy end miał bowiem miejsce 1 sierpnia tego samego roku. Tego dnia prezydent Ignacy Mościcki ułaskawił skazanego na dwa lata więzienia Łukasza Siemiątkowskiego zwanego „Tatą Tasiemką”. Czyżby niezwykły zbieg okoliczności? 
Felicjan Sławoj Składkowski, minister spraw wojskowych i administracji armii
Fot. Narodowe Archiwum Cyforwe
Łukasz Siemiątkowski alias Tata Tasiemka (pierwszy z lewej na ławie oskarżonych) podczas procesu w dniu 4 lipca 1932 roku
Fot. Narodowe Archiwum Cyforwe
Andrzej Papliński
Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 354834